Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2015

Na walizkach...


Znowu się nam życie zmienia. Pojutrze lecimy do Starego Kraju. Na dłużej. Przygody nas czekają kolejne, damy Wam znać Drodzy czytelnicy co i jak, oczywiście. Czy i kiedy wrócimy na tę konkretną misję nie wiemy. Moment taki w życiu gdy jak na dłoni ukazuje się fakt, że Ktoś inny drogę nam rozwija pod stopami:). Inaczej niż myślimy ale zawsze z Miłością.
Wiele się działo, wiele w sercach kamieni przewalonych, oczyszczonych i jest dobrze. Choć zakręt jest. I urzędnicy stali się robotnikami przy jego zakręcaniu. Do zobaczenia po drugiej stronie oceanu!

czwartek, 28 maja 2015

Tydzień temu...


Udało się. Bo musiało. Odwiedziliśmy Nowy Jork. Trzeba było naszą Amerykankę zaopatrzyć w papiery Polki. A taka operacja wymagała udania się do miasta Wielkiego Jabłka. Bez odwołania.
Przygód było bez liku. Mańka rozkosznie nam się w samochodzie pochorowała. Pierwszy raz w życiu. A nawet dwa razy. I zaanektowała tymże czas przeznaczony na szukanie parkingu na Manhattanie. W rezultacie placówkę polonijną zamknięto z Matką w środku, zdenerwowaną, czekającą na resztę ekipy, gorączkowo wypatrującą kawałka ziemi na postawienie pożyczonego samochodu. Ale. Udało się. Ojciec z brygadą poinstruowany przez miłego Pana z placówki znalazł horrendalnie drogi parking i przybiegł dopełnić formalności. Wygląda na to, że dokument Mania dostanie. Uff.
Potem nieśpiesznie smakowaliśmy czy pasuje nam czy nie. I tym razem miasto nas urzekło. Kolorowy tłum, setki języków,  w narzeczu nadwiślańskim coś można było złapać. Gwarno, pełno turystów, biedni i bogaci wymieszani w jednym kotle.
W środku miasta park. Zielono, woda. Tyle thrillerów tu się działo, a tak tu pięknie. Wokoło wieżowce drapią chmury a panowie w liberiach otwierają gościom drzwi. A tam "Mamo, patrz! Ten hotel z filmu Eloise, wow!" "I Kevin to chyba w nim był, nie?"
 Rockefeller Center zaskakująco małe. Przytłoczone, zatłoczone  i bez choinki, nie wiedzieć czemu.
Najciekawszy sklep w NY. Właściwie jedyny ciekawy zważywszy na płeć i wiek większości Łobuzów. Oh, zapomniałam jest jeszcze jeden,  ten z nadgryzionym jabłkiem w godle. Też wzbudza zainteresowanie. I nie całkiem platoniczne, bo można tam zawsze sobie pograć i popróbować.
Zauroczeni. Od samego patrzenia w głowie się kręci.
I centrum "zgniłego kapitalizmu". Mała, szara uliczka.

 Niby Piąta Aleja. Ale na głowy poskąpili. I straszą dzieci w biały dzień. Ha ha.
Jest, jest, jest! Statua Wolności! Plan wykonany. Zobaczyliśmy Empire State Building, WTC, Central Park i ten kościół ze Skarbu Narodów. I Plaza Hotel i Yellow Cabs, no i Times Square!!
Nowy Jork jaki jest każdy wie. Na pewno nie jest nudny. My zwiedzaliśmy tylko Manhattan. Przez inne dzielnice przejeżdżamy. Czasem. Najczęściej nocą:).

sobota, 9 maja 2015

Jedzą budding...


-Zrobię Ci domek, dobrze?
-Wow! TYLKO dla mnie?!!! Super!!!
...
- A ludziki też chcesz?
- Tak! Jasia i Malysię!
...
- Chcemy mamę! Chcemy mamę! Chcemy tatę!! - tekturowe gardła wydają zaskakująco przenikliwe dźwięki....
- Już dobrze, dobrze. I coś jeszcze?
- I Michała, i Mateusza, i Antoniego i Maćka!

...
- A co teraz robią?
- Jedzą BUDDING!


W międzyczasie, gdzieś w drodze między Miastem na B. i Dużym Jabłkiem komuś stuknęła CZTERNASTKA!!! którą  w Kranie obchodziliśmy stekami, tortem i filmem z lekkim opóźnieniem ale za to hucznie!



czwartek, 7 maja 2015

Nie wierzyć planom...


Wybraliśmy się na ślub. Taki z weselem. Że je się i tańczy, i gada. I nawet Pan Młody półkrwi polski. Jego Rodzice pomagali nam w pierwszych latach, jeszcze tam na Dzikim Zachodzie, opiekując się Łobuzami, gdy wyjeżdżaliśmy. Pierwszą noc na obcej ziemi, zasłali nam łóżka i podali do stołu, w swoim zawsze pełnym ludzi domu. Dawno temu, czas płynie, sześć lat jak z bicza. A te Łobuzy to takie małe były, że trudno uwierzyć. 
Wracając do ślubu. Najstarszy z ich dziesięciorga dzieci wżenił się właśnie we Wschodnie Wybrzeże. I przenosi się do dużego miasta na B. , dołączyć do naszej misji:). Bo świat jest mały.
No, właśnie wybraliśmy się na ślub. Z weekendem w pakiecie. Taaa...
Miało być zwiedzanie Nowego Jorku. Koniecznie Empire State Building, Statua Wolności, WTC. I w ogóle. Mnóstwo atrakcji. Cuda niewidy. Pierwszego wieczoru nocne Polaków rozmowy. Jakżeby inaczej, gdy gościliśmy się u Polki i Jej Super gościnnego Męża Libańczyka. A że w podobnych kręgach się obracamy - zresztą tam się poznaliśmy - to było o czym gadać. I choć język nie tak giętki jakby się chciało, kiedy chce się wynurzać w obcym bądź co bądź nam języku, było nieźle. Bo syn ich po polsku całkiem biegle włada. Więc było się w razie czego czym wspomóc. Stare studenckie czasy nam się przypomniały. Do rana roztrząsane problemy tego łez padołu. Nieźle, mówię Wam.
A potem się plany posypały. W obliczu wirusa padły. I padały z chwili na chwilę.
Cóż. Vis major. Łobuzy, o dziwo, matczyną niemoc przyjęły spokojnie. Polka w dużym domu mieszka, a za domem trawa, drzewa, kwiaty, przestrzeń. Kilka patyków i Łobuzów nie było. A jeszcze Mąż Polki zabrał ich do parku na spacer z psem i węża widzieli, i nogi im same do wody powpadały. Bosko było.
Za to jak już zjechaliśmy bladym świtem do domu okazało się, że wirus górą a część z nas zapadła na dwa dni w czeluście materacy, które w Krainie póki co za łóżka robią.
Powróciliśmy już. 

Na tarasie ponad dachami najlepsza zabawa. Mama siedzi i dodaje koloru swoim stopom. Przy okazji biznes prowadzi. 

-Po ile, proszę pani, takie waffles (gofry) jak były u Cioci na śniadanie?
-13 gr. 
-To poproszę. I jeszcze pancakes z czekoladą. To ile razem?
-25 gr.
-Proszę .
-Dziękuję.
-A oto Państwa śniadanie...

Setki porcji. Kawek, herbatek, kakałka. Ile mogą zjeść????


 

Chodź pomaluj mi świat. I słoneczko tutaj. A tam może samochód. Dzieci. Dzieeeci w środku. O , to ja! I Jaś. Machamy ...

Kiedy świat trochę szary zawsze mamy plakatówki, nie?



środa, 29 kwietnia 2015

Chwile

(....)
Talerz. Pac. Łyżka.  Pac. Mata. Szur.
Śpieew...
 "Antoni is awesome!  is awesooooome!".
Talerz. Pac.
"On oszukuuje! He is cheating"
....
Łyżka. Plask. Widelec. Buch.
"Is awesome today! Is awesome tommorow! "
Poprawić obrus.  Wsunąć krzesło. Taniec estradowy.
"Nieprawda! Nieprawdaaaa!"
"Is awesome forever! Lalalala!"

Talerz.
Łyżka.
Serwetka.
Braterska różnica poglądów.
Albo przygotowywanie stołu do obiadu.
(....)
Słoneczne promienie powoli wsączają w moją podświadomość okruchy ciepła. Eksperymentalne.
Spódniczki w kwiatki fruwają dookoła obudzone z zimowego snu.
Chyba jeszcze zdziwione nagłą swobodą.
Opiekunki zaniepokojone zmianami otoczenia biegają nerwowo próbując dotrzymać kroku małym nogom niespodziewanie lżejszym o brak śniegowców. " Nie zdejmuj kurtki!" wołają. "Wolniej! Uważaj, bo spadniesz!Nieee rozpinaj się! Załóż bluzę!" Zmęczone próbami przywrócenia porządku nie zauważyły, że zamiast biało jest już zielono...
Oddycham.
Pachnie.
(....)
Zakręt. Zakręt.
Chęć zobaczenia co jest za zakrętem ugniata.
Upajam się zapachem.
Czekam.
A dzieci śmieją się perliście.
Chowam się pomiędzy nimi...

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Życie płynie

(...)
Siedzę.
Błąkam się po cudzych światach. To tu, to tam.
Zaglądam przez wirtualne okienka. Jedne szeroko otwarte, inne lekko uchylone. Patrzę. Słucham.
Myślę.

(...)
Idę.
Mijam codziennie setki środków innych wszechświatów. Czasem widać jak na dłoni. Niektórzy chowają się za misternie zbudowaną fasadą rzeczy, o które z wielkim wysiłkiem zabiegają. Inni nie nadążają za migającymi klatkami kalejdoskopu życia, dawno zatrzymali się zdziwieni, że jeszcze są. Gdzieś w oddali majaczy ślad po nadziei. Że będzie lepiej. 
Są też tacy co już nie szukają. Pokonani siedzą na kartonie szukając ciepła dmuchanego z tętniących sprawami innych budynków.
Myślę.

(...)
Chłonę.
Te chwile dane mi na krótko. 
Artystka pochylona nad bardzo ważnym rysunkiem. Kilka kresek, a już cała historia. 
Biegniemy do drzewa. A potem do hydrantu, tego "rzecza" dla strażaków.
"Mamo, leaves!!!" Czekaliśmy tyle dni. Ledwo zielone, jeszcze nieśmiałe. Uśmiechają się do nas. 
Wieczór. Siedzimy leniwie. Gadamy. Tylko tyle.
Dwie głowy nad zeszytem. "Ja Mu pomogę , Mamo." 
Osiem przeżuwających szczęk przy stole. Hałas. Jedni się przekrzykują, inni ich uciszają. Patrzę. Zachowuję pod powiekami.

(...)
Czekamy.
Jest zakręt.
Coś wygląda zza horyzontu, dla niepoznaki opakowane w kilka warstw.
Zawiewa nowością. 
...

piątek, 24 kwietnia 2015

Feriowo.

Próbuję namówić Księżniczkę, żeby udała się na odosobnienie.
-Córko, chodź, musisz już na pewno, wychodzimy zaraz, trzeba, naprawdę, serio, koniecznie,
NO CHODŹŻE JUŻ WRESZCIE!
- .....
- przymilam się - Kotku, Żabko, Myszko - pomysły zoologiczne mi się kończą...
-....
(Ogłuchła, chora, może do lekarza trzeba? ach, nie tylko Jej tu nie ma. Jest z Księżniczkami. I ma za nic sprawy tego świata, zagubiona w papierowym zamku).
- Kochanie, może jakieś WERBALNE wsparcie? Hę?- zrezygnowana zwracam się do Jej Ojca.
- Ehh, tak, Córko! Werbalne wsparcie! - M. rzuca okiem na progeniturę. Bardzo skoncentrowanym na monitorze prawym okiem.
Wzdycham. Czas na czyny. Zbliżam się do wciąż ignorującej mnie córki.
- Mania, tu Mama. Ziemia do Mani - nawołuję.
- Ziemia? Mama jest z Ziemi? Wow! - moja córka nagle powraca z Krainy Lodu i wybucha śmiechem. Buha haha! - Mama jest z Ziemi!
A już myślałam, że przemawiam do Niej z Dalekiej Planety w Innej Galaktyce...
Bo trzylatki wszystko słyszą. I co gorsza łapią w lot. Kiedy chcą:).

A tak poza tym to się "feriujemy". Że wakacje mamy takie wiosenne. I nawet z wiosną dookoła. Nie, że tylko w nazwie. Wycieczki robimy. Historycznymi szlakami. Lody jemy. Czasami. Włoskie, że palce lizać. W "Małej Italii". Kilka przecznic od naszych Chin, a jakby na Starym Kontynencie. I po co podróżować?. Cały świat w pigułce. 
W pojeździe miejskiego przemieszczania szybszego pani z przodu próbuje w minutę opowiedzieć osobie po drugiej stronie sygnału, całe życie w języku Cervantesa. Ta z tyłu z kolei wyszczekuje niezrozumiałą melodię rodem z przemowy Mao. Moje myśli płyną w języku pełnym sz i cz. A ten pan obok wygląda na znawcę portugalskiego. Gdzie jesteśmy? W USA oczywiście. język urzędowy: angielski. Tak dla niepoznaki.
Starsze Łobuzy nawiązują kontakty interpersonalne za pomocą piłki z innymi chłopcami z misji. 
Ja "w Cię" trafiam piłką, ale Ty mnie nie dosięgniesz. Zobacz biegam szybciej, złapię ją nim rzucisz itd. itd. A nożną odstawili do szafy. Pięć lat im to zajęło.

Młodzi się poczuliśmy, z małymi dziećmi tylko, miodzik. Chodzimy i chodzimy, kochamy tak chodzić. 
Super te wycieczki, Tato. Serce rośnie. Zapisuję w karcie pamięci, żeby odtwarzać w  te chwile, jak się będą tłukli, albo od najgorszych rodziców nam wypominali.

Dokumentacja zdjęciowa nadlatuje.




Dzisiaj Tato, szczególnie myślimy o Tobie. Mając nadzieję na spotkanie Tam po Drugiej stronie kiedy już czas nadejdzie...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pachnie wiosną!

Ogromna to różnica kiedy na dworze powietrze płuc nie mrozi. Wręcz przeciwnie napełnia zapachem i radością. Zaraz się chce coś nowego zaczynać. I nawet problemy blakną troszeczkę, zawstydzone rozbudzonym na nowo życiem. 

Poszliśmy do Parku. Już za chwileczkę drzewa eksplodują zielenią. A potem zakwitną. Można już to posmakować. Prawie.
Pełno ludzi. Nagle się zaroiło. Dzieci. Młodzi. Starzy. W różnych kolorach i nacjach. 
Aż trudno sobie wyobrazić co będzie za miesiąc. 
Łobuzy zrzuciły wszystkie niepotrzebne warstwy i szykują się do krótkich spodenek. 
Gdzie je Mamo, schowałaś?....Eeee, w woorku? Może jeszcze poczekajcie?
Wczoraj była ta pierwsza niedziela. Wiosna. Tak nagle. Zaskakująco, choć tak bardzo wyczekana.
Mieliśmy też gości. Przyszli na obiad, który tu nazywamy lunchem. Z nimi chłopcy grali w parku w piłkę. Jasio zabrał swój zdalnie sterowany samochód. 

Czysta frajda.  My sobie mogliśmy posiedzieć na rozgrzanej ławeczce. Dać się nagrzać promieniom. Pogadać. W takich chwilach czas staje, a ja nabieram sił.
Wieczorem pojechaliśmy do Seminarium. Tu w B. mieści się ono w starej plebanii. 
W bardzo domowej scenerii. 

Zostaliśmy na śpiewane pięknie nieszpory . W Niedzielę Miłosierdzia - kiedy Bramy Nieba są otwarte. No to i powierzaliśmy wszystko przez te otwarte bramy... 
Potem zostaliśmy zaproszeni na kolację w tym "domowym" seminarium. Na pizzę. I owoce. Na pożegnanie dzieci dostały od rektora i jego zastępcy dwa ogromne, czekoladowe jaja. Bardzo słodkie zakończenie niedzieli, nieprawdaż?
I wokoło zabójczo ta wiosna pachniała, że aż się tak rozmarzyłam:)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Nowy czas...

Czuwaliśmy. Ta Noc już się wydarzyła i zajaśniała. I świeci. Piękne mieliśmy czuwanie i trudny Wielki Tydzień. Wszystko się trochę zakręca. A my już byśmy chcieli po prostej zasuwać... . Czas bardzo niezwykły. Pełen zmagań. Że aż można dotknąć Obecności Czyjejś. Tego kto daje mi jednak pokój i słodycz, pośród zakrętów. Chcę to zapamiętać. I następnym razem korzystać.

"Tato, ja nie chcę umrzeć." powiedziała moja trzyletnia dziewczynka w czasie Wielkopiątkowej Liturgii. Byliśmy w Katedrze. Chór pięknie wyśpiewywał Mękę Pańską. A Ona rozumie. "Ty też Tato umrzesz?". "Wszyscy umrą córeczko. Ale to nie koniec. Będziemy żyli w Niebie. Tam jest mój Tata i Babcia, i inni czekają na nas." "Mamo, nie umrzesz teraz?"."Dobrze." "Chcę żebyś żyła." "Ja też chcę córeczko. Dla Ciebie. I dla Taty. I dla Łobuzów. I potem razem  - Tam."
Mania i Tata 
I z Tatą poszła Krzyż adorować. Najpiękniejsze zdjęcie w diecezji im pan fotograf pstryknął. Normalnie na okładkę...
Gdzieś tam za tym oceanem jest Europa. "A dlaczego woda odpływa?"." I gdzie ona się wtedy chowa?"." A nie wylewa się?". "Ale silna ta woda. "
"Jaś uważaj wpadniesz do wody!!!!. Antoś nie idź tam! Mamo, boję się! Mateusz zejdź!" - Można by pomyśleć, że to ja tak dzieci ostrzegam. Nic bardziej mylnego. To Siostra, która dba o bezpieczeństwo braci. Kontrast miedzy Małą Kobietką, a Małymi Mężczyznami - zaskakujący. Oni podejmują ryzyko. Rywalizują. Odkrywają. Działają. Ona myśli, słucha, zapamiętuje i troszczy się.

Ocean huczy. Samoloty lądują. Wiatr szumi. A Łobuzy, co? Skrzeczą jak mewy. Pomiędzy mewami. Biegają jak szalone. Rzucają kamienie do wody. Brudzą się z radością. A po powrocie do domu mają jeszcze siłę!!!. Może się na tej ławce wyspały?. Takie te Łobuzy magiczne,  choć kłótliwe to dobra z nich załoga.



czwartek, 26 marca 2015

Przedwiośnie...

Gdybym ja była ... nawet nie słoneczkiem na niebie nawet, że nie śpiewała tak tylko dla Ciebie... ale - bardziej systematyczna. Gdybym tak nagle potrafiła co dzień zapisywać choć trochę z tego co się dzieje. Nawet nie, że tutaj. Ale na karteczce. W zeszyciku. Ba, może choćby w telefonie..... No, ale nie jestem. Cóż. Chwytam te chwile, które dogonię. Zanim zamienią się w motyle i ulecą. Czy to te piękne i kolorowe, pyszniące się barwami tęczy czy tylko szarobure motyle nocne krążące wokół światła albo znikające w ciemnościach.
Wczoraj było piękne Święto. Gdy posłaniec z Nieba przyszedł do Dziewczyny zapytać czy się zgodzi. Wtedy zaczęła się dla Niej Trudna Historia. Tylko, że nic nie stało się proste. Świat wywrócił się do góry nogami. A Ona milczała i kontemplowała. No, i żyła. A dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Takie to wczorajsze święto. Bardzo nam potrzebne. Żeby pamiętać Kogo mamy za Ojca. I Kto się za nami wstawia we dnie i w nocy....

Po Mszy poszliśmy na spacer. I miały być lody. A w końcu były donaty, bo się panu maszyna do lodów zepsuła, he he. Wiosna już za progiem. Ach, jak wyczekana. Codziennie sprawdzamy czy pączki na drzewach puszczają już pędy zielone... A ptaki za oknem krzyczą jak szalone! W tylu językach naraz, że głowa boli:)

 Bo tu obok jest ocean, prawie za progiem. No, kilka stacji metra.:). I ku mojej radości - już odmarzł. Pojechaliśmy na plażę spacerować. Niedzielnym popołudniem. Uwielbiam przestrzeń. A na koniec Czwarty stał i patrzył. Bracia go poganiają a On na to, że zapamiętuje. To i ja stałam z nim i chłonęłam. W końcu moja krew :). Patrzyliśmy a Ocean był. I tak od tysięcy lat....

Ta Noc coraz bliżej...
I coraz bardziej czekamy:)

sobota, 31 stycznia 2015

Duże miasto na B.....

Jest piękne. To duże miasto. Zasypane śniegiem aktualnie. We wtorek wyglądało jak z filmu Pojutrze.  Na na ogół zatłoczonych ulicach żadnego samochodu oprócz tych po uszy zasypanych... Poszliśmy na spacer-rekonesans i wrażenie było nieziemskie.  Wokół nas chińska dzielnica. Wszystkie napisy są po chińsku. Czasem bardzo, czasem po angielsku. Zupełnie jakbyśmy zamieszkali w Chinach,  bo ludzie na ulicy w większości mają skośne oczy. Kilka przecznic dalej tętni życiem i turystami, centrum historycznego miasta. Tyle ludzi co na jednym spacerze po okolicy, nie spotkałam w Wyoming przez rok:). Totalnie inna Ameryka....
Nasza sytuacja trochę jest skomplikowana i prawdopodobnie będziemy musieli się jeszcze przeprowadzić. ... Na razie mieszkamy w ceglanej kamieniczce na wąziutkiej uliczce.
Cofając się trochę w czasie. ... Mieliśmy cudowną podróż życia z wieloma przygodami. Doświadczyliśmy ogromnej życzliwości, troskliwości i gościnności wielu ludzi. Byliśmy goszczeni jak królowe i króle. Dane nam było zobaczyć wodospad Niagara. Mieliśmy piękną pogodę właściwie cały czas, co o tej porze roku na odcinku 2000 mil samo w sobie jest cudem....

czwartek, 22 stycznia 2015

Droga...


Jedziemy już czwarty dzień.   Podróż życia:). W poniedziałek po suto ŁZAMI  okropionym pożegnaniu wyruszyliśmy na wschód. Pogoda była zabójczo piękna. Słońce, sucho, trochę powyżej zera. Nasza karawana porusza się do przodu. Łobuzy czytają, oglądają filmy i grają. Jadą naszym samochodem razem z wujkiem T. Bo wydarzył się cud i przyjechał do nas z Polski kuzyn M. , który chciał zawsze przejechać USA wszerz. I miał wizę. I kupił bilet, wsiadł w samolot i jest.
 A ja bałam się jednak jechać te 2000 mil:) Cóż każdy ma jakieś limity:):) Nawet Matka Łobuzów... o, i prosiłam Pana Boga żeby temu zaradził jakoś. Szukaliśmy dodatkowego kierowcy tutaj. Byli tacy co wcześniej się ofiarowali lecz teraz okazało się,  że nie mogą. Bo przecież nasza podróż zdecydowała się szybko, wszyscy mieli już plany. To zrozumiałe.  Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych:) I zorganizował nam kierowcę w zupełnie zaskakujący sposób:). Niezwykły. Żebyśmy nie mieli wątpliwości,  że to On działa:)
Wczoraj był dzień odpoczynku. W Chicago zatrzymaliśmy się na parafii u znajomych księży. Bardzo nam się ten dzień przydał. Mogliśmy się wyspać! Bajka:) Dzisiaj fruniemy dalej. Zaliczamy kolejne stany. Illinois, Indiana,  Ohio. Na noc zatrzymamy się w Cleveland. Jutro do Buffalo.  Mamy nadzieję rzucić okiem na wodospad Niagara. W sobotę plan jest taki żeby dotrzeć do dużego miasta na B. A tam zacznie się nowy etap w życiu....






piątek, 16 stycznia 2015

Odliczanie...

Bijcie brawo! Odkryłam właśnie pisanie z komórki, z telefonu takiego co to palcem dotykasz i słowa wyskakują.  Po tylu latach...
Więc może się i uda coś z podróży życia wrzucać. We will see.
Dzisiaj dzień historyczny:) Nasza Księżniczka,  Żabka, Kotek, Baby Taty, Rita ( to ukochana starsza koleżanka), Elsa itd, itd  kończy  TRZY lata. Dacie wiarę? A gada jak nakręcona. Choć i milczeć potrafi. Wie gdzie wszystko leży. Wszystko słyszy i kojarzy. Wie kto, co i jak... Normalnie prawdziwa kobieta.
Będziemy pośród pudeł i innych kartonów dmuchać  świeczki na torcie. Mania już czeka:).
Ja zrobiłam sobie chwilę oddechu i klikam tu do Was nowo odkrytym sposobem:). Mały ten ekranik, ledwo widzę - ale da się!
Dom pustoszeje. Jeszcze tu i tam spakować. Zorganizować ubrania i jedzenie na podróż. Wypłakać się żegnając. I  ruszamy.  Za 3 dni. W niepewność i nieznane, ale pewni, że Ojciec Niebieski, który lilie na polu stroi i ptaki niebieskie karmi, to i nas nakarmi i przystroi. Więc taka cicha, trochę jeszcze stłamszona tym pakowaniem i sprzątaniem, radość się budzi. Nowa przygoda startuje!  


czwartek, 8 stycznia 2015

Wszystko się zmienia...

No, to przeprowadzamy się. My wariaci co pędzimy z wiatrem. Wierząc, że to wiatr Ducha Świętego.
Zima i 2000 mil przed nami. Pakujemy się teraz, rozdajemy co możemy, co się da sprzedajemy. Resztę wyrzucamy. I zastanawiam się jak to możliwe przez 4 lata i 7 miesięcy nagromadzić tyle szpargałów. Tyle przydasiów i dzieł. A przecież wydawało mi się, że na bieżąco wyrzucam i pozbywam się. Śmieszne. Bo tak naprawdę mało jest potrzebne. I mało mamy. Ale jednak dużo:).  I za to lubię przeprowadzki, że można się wielu  rzeczy pozbyć i zastanowić nad sobą:):). A poza tym odnaleźć zagubione drobiazgi. Zdjęcie upchnięte gdzieś przypadkiem, zapomniane. Książkę miłą sercu. Lubię takie pakowanie. Tylko dlaczego tak mało czasu?... Czemu wielu rzeczy nie zrobiłam na jesieni, latem? Bo... zawsze coś:) I teraz zostało nam 11 dni. A potem wyruszamy w podróż życia. I nie wiem kiedy następny wpis na blogu będzie, kiedy internet założymy w dużym mieście na B.

czwartek, 11 grudnia 2014

Siedem




Kiedyś puszczałam mimo uszu teksty starszych koleżanek. Że dzieci tak szybko rosną. Ani się obejrzysz a dorosną. Wydawało mi się, że słodkie łobuzy będą takie zawsze. No i nie wiem kiedy czas minął. Oglądam zdjęcia. I pamiętam. I kurczę myślę, że to naprawdę fajnie, że zostaliśmy z M. obdarowani dziećmi. I że niedługo zaczną wyfruwać. Bo czas śmiga. Zupełnie z inną prędkością niż ślimaki w lesie...:). I jak tylko mogę to smakuję chwile. Jak siedzimy razem przy obiedzie. I każdy chce coś powiedzieć. Jak celebrujemy święta i cieszymy się razem. I nawet kiedy się droczą (jakie "urocze" słowo określające te nieustanne przepychanki: Mamo, bo On, a ja nie, a dlaczego, znowu ja, ty głupku, to nie mój dyżur, On mi to zabrał, to moje, nieprawda, Tato czemu? Tato powiedz Mu!....:).
Piąty skończył był właśnie lat 7. Słownie siedem. Staje się małym mężczyzną. Ciągle lubi się do Mamy przytulać - po prawdzie to wszyscy lubią, ale On nawet publicznie czasem. Ciągle jest słodki. Ale ma swoje zdanie, kolegów, ukochaną szkołę, zabawy, tyle spraw, codziennych, których mama nie jest częścią. I relacje z braćmi. A dopiero go wynosiłam ze szpitala w asyście braciszków niecierpliwie czekających na kolejnego. Prowadzona przez dumnego M. do naszego pierwszego samochodu... Eh. Czy to naprawdę siedem lat temu... Jakaś nostalgia mnie ogarnia:)....
 A jak przyjechaliśmy na Dziki Zachód, dolecieliśmy za Wielką Wodę to Trzeci miał ledwo ponad siedem..
Sto lat młody mężczyzno. Oby tak dalej:)

(Post nadrabiany, tak naprawdę napisany 8 stycznia 2015)