Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2015

Tydzień temu...


Udało się. Bo musiało. Odwiedziliśmy Nowy Jork. Trzeba było naszą Amerykankę zaopatrzyć w papiery Polki. A taka operacja wymagała udania się do miasta Wielkiego Jabłka. Bez odwołania.
Przygód było bez liku. Mańka rozkosznie nam się w samochodzie pochorowała. Pierwszy raz w życiu. A nawet dwa razy. I zaanektowała tymże czas przeznaczony na szukanie parkingu na Manhattanie. W rezultacie placówkę polonijną zamknięto z Matką w środku, zdenerwowaną, czekającą na resztę ekipy, gorączkowo wypatrującą kawałka ziemi na postawienie pożyczonego samochodu. Ale. Udało się. Ojciec z brygadą poinstruowany przez miłego Pana z placówki znalazł horrendalnie drogi parking i przybiegł dopełnić formalności. Wygląda na to, że dokument Mania dostanie. Uff.
Potem nieśpiesznie smakowaliśmy czy pasuje nam czy nie. I tym razem miasto nas urzekło. Kolorowy tłum, setki języków,  w narzeczu nadwiślańskim coś można było złapać. Gwarno, pełno turystów, biedni i bogaci wymieszani w jednym kotle.
W środku miasta park. Zielono, woda. Tyle thrillerów tu się działo, a tak tu pięknie. Wokoło wieżowce drapią chmury a panowie w liberiach otwierają gościom drzwi. A tam "Mamo, patrz! Ten hotel z filmu Eloise, wow!" "I Kevin to chyba w nim był, nie?"
 Rockefeller Center zaskakująco małe. Przytłoczone, zatłoczone  i bez choinki, nie wiedzieć czemu.
Najciekawszy sklep w NY. Właściwie jedyny ciekawy zważywszy na płeć i wiek większości Łobuzów. Oh, zapomniałam jest jeszcze jeden,  ten z nadgryzionym jabłkiem w godle. Też wzbudza zainteresowanie. I nie całkiem platoniczne, bo można tam zawsze sobie pograć i popróbować.
Zauroczeni. Od samego patrzenia w głowie się kręci.
I centrum "zgniłego kapitalizmu". Mała, szara uliczka.

 Niby Piąta Aleja. Ale na głowy poskąpili. I straszą dzieci w biały dzień. Ha ha.
Jest, jest, jest! Statua Wolności! Plan wykonany. Zobaczyliśmy Empire State Building, WTC, Central Park i ten kościół ze Skarbu Narodów. I Plaza Hotel i Yellow Cabs, no i Times Square!!
Nowy Jork jaki jest każdy wie. Na pewno nie jest nudny. My zwiedzaliśmy tylko Manhattan. Przez inne dzielnice przejeżdżamy. Czasem. Najczęściej nocą:).

czwartek, 7 maja 2015

Nie wierzyć planom...


Wybraliśmy się na ślub. Taki z weselem. Że je się i tańczy, i gada. I nawet Pan Młody półkrwi polski. Jego Rodzice pomagali nam w pierwszych latach, jeszcze tam na Dzikim Zachodzie, opiekując się Łobuzami, gdy wyjeżdżaliśmy. Pierwszą noc na obcej ziemi, zasłali nam łóżka i podali do stołu, w swoim zawsze pełnym ludzi domu. Dawno temu, czas płynie, sześć lat jak z bicza. A te Łobuzy to takie małe były, że trudno uwierzyć. 
Wracając do ślubu. Najstarszy z ich dziesięciorga dzieci wżenił się właśnie we Wschodnie Wybrzeże. I przenosi się do dużego miasta na B. , dołączyć do naszej misji:). Bo świat jest mały.
No, właśnie wybraliśmy się na ślub. Z weekendem w pakiecie. Taaa...
Miało być zwiedzanie Nowego Jorku. Koniecznie Empire State Building, Statua Wolności, WTC. I w ogóle. Mnóstwo atrakcji. Cuda niewidy. Pierwszego wieczoru nocne Polaków rozmowy. Jakżeby inaczej, gdy gościliśmy się u Polki i Jej Super gościnnego Męża Libańczyka. A że w podobnych kręgach się obracamy - zresztą tam się poznaliśmy - to było o czym gadać. I choć język nie tak giętki jakby się chciało, kiedy chce się wynurzać w obcym bądź co bądź nam języku, było nieźle. Bo syn ich po polsku całkiem biegle włada. Więc było się w razie czego czym wspomóc. Stare studenckie czasy nam się przypomniały. Do rana roztrząsane problemy tego łez padołu. Nieźle, mówię Wam.
A potem się plany posypały. W obliczu wirusa padły. I padały z chwili na chwilę.
Cóż. Vis major. Łobuzy, o dziwo, matczyną niemoc przyjęły spokojnie. Polka w dużym domu mieszka, a za domem trawa, drzewa, kwiaty, przestrzeń. Kilka patyków i Łobuzów nie było. A jeszcze Mąż Polki zabrał ich do parku na spacer z psem i węża widzieli, i nogi im same do wody powpadały. Bosko było.
Za to jak już zjechaliśmy bladym świtem do domu okazało się, że wirus górą a część z nas zapadła na dwa dni w czeluście materacy, które w Krainie póki co za łóżka robią.
Powróciliśmy już. 

Na tarasie ponad dachami najlepsza zabawa. Mama siedzi i dodaje koloru swoim stopom. Przy okazji biznes prowadzi. 

-Po ile, proszę pani, takie waffles (gofry) jak były u Cioci na śniadanie?
-13 gr. 
-To poproszę. I jeszcze pancakes z czekoladą. To ile razem?
-25 gr.
-Proszę .
-Dziękuję.
-A oto Państwa śniadanie...

Setki porcji. Kawek, herbatek, kakałka. Ile mogą zjeść????


 

Chodź pomaluj mi świat. I słoneczko tutaj. A tam może samochód. Dzieci. Dzieeeci w środku. O , to ja! I Jaś. Machamy ...

Kiedy świat trochę szary zawsze mamy plakatówki, nie?



poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pachnie wiosną!

Ogromna to różnica kiedy na dworze powietrze płuc nie mrozi. Wręcz przeciwnie napełnia zapachem i radością. Zaraz się chce coś nowego zaczynać. I nawet problemy blakną troszeczkę, zawstydzone rozbudzonym na nowo życiem. 

Poszliśmy do Parku. Już za chwileczkę drzewa eksplodują zielenią. A potem zakwitną. Można już to posmakować. Prawie.
Pełno ludzi. Nagle się zaroiło. Dzieci. Młodzi. Starzy. W różnych kolorach i nacjach. 
Aż trudno sobie wyobrazić co będzie za miesiąc. 
Łobuzy zrzuciły wszystkie niepotrzebne warstwy i szykują się do krótkich spodenek. 
Gdzie je Mamo, schowałaś?....Eeee, w woorku? Może jeszcze poczekajcie?
Wczoraj była ta pierwsza niedziela. Wiosna. Tak nagle. Zaskakująco, choć tak bardzo wyczekana.
Mieliśmy też gości. Przyszli na obiad, który tu nazywamy lunchem. Z nimi chłopcy grali w parku w piłkę. Jasio zabrał swój zdalnie sterowany samochód. 

Czysta frajda.  My sobie mogliśmy posiedzieć na rozgrzanej ławeczce. Dać się nagrzać promieniom. Pogadać. W takich chwilach czas staje, a ja nabieram sił.
Wieczorem pojechaliśmy do Seminarium. Tu w B. mieści się ono w starej plebanii. 
W bardzo domowej scenerii. 

Zostaliśmy na śpiewane pięknie nieszpory . W Niedzielę Miłosierdzia - kiedy Bramy Nieba są otwarte. No to i powierzaliśmy wszystko przez te otwarte bramy... 
Potem zostaliśmy zaproszeni na kolację w tym "domowym" seminarium. Na pizzę. I owoce. Na pożegnanie dzieci dostały od rektora i jego zastępcy dwa ogromne, czekoladowe jaja. Bardzo słodkie zakończenie niedzieli, nieprawdaż?
I wokoło zabójczo ta wiosna pachniała, że aż się tak rozmarzyłam:)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Koniec lata...

Wylądowali za domem. Szybciutko namiocik rozstawili. Biwakują tam już od niedzieli. Przyciszone śmiechy i dźwięczące leciutko szmery nocnych opowieści docierają przez otwarte okna do zażywających spokoju Rodzicieli. Do późnych godzin nocnych.:) Pełna radość! Zgoda. Kurczę, że wcześniej na to nie wpadliśmy... Jakby gdzieś wyjechali. A jednak ciągle tu są:) Ostatni tydzień wakacji wykorzystany 100%! Dobrze to Pan Bóg wymyślił, że Kraina już cztery lata biwakuje na Dzikim Zachodzie. A za domem trawa. A za trawą płot. I piaszczysta droga i zaraz płot i sąsiedzi.....
Zadziwiona Matka obserwowała swoje Łobuzy z łezką w oku. Bo jak to być może? Nie potrzebują żadnej ale to żadnej pomocy w rozbijaniu namiotu? W moszczeniu gniazdka w środku? I nie boją się nic a nic tak spać pod gwiazdami? A co z Matką? Gdzie te noce setki, setki spędzone przez Matkę, starą wyjadaczkę, harcerkę, w lesie, pod namiotem, na wędrówkach? I Oni tak sami zupełnie? Może myślą, że Matka to za Stara niby, co? Eh. :) Cieszcie się obozowiskiem a ja Wam jeszcze kiedyś pokażę! Zobaczycie:).

Lato powoli się kończy. Choć jeszcze ciepło jest wieczorem robi się chłodek. Ale ciągle trudno uwierzyć, że za 5-6 tygodni Łobuzy będą budować pierwsze iglo tego roku. No chyba, że Kraina już będzie biwakować gdzie indziej:) ... I choć NIEPEWNOŚĆ zagląda drzwiami i oknami jakiś dobry ten czas teraz. Czekanie ale spokojne, jak na przygodę, PEWNOŚĆ, że Wielki Kreator wszystko mądrze nam zaplanował. Bardzo jestem wdzięczna za ten pokój. Że aż się z Wami dzielę:)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Potyczki językowe i znaki patyczkowe:)

-Jechamy do parku!
-Jecham sam przez całe alley!! bez stopu!

Dziwnie brzmi dla Was? Ale jakże logicznie. Skoro bezokolicznik brzmi "JECHAĆ" to dlaczego mówimy "ja jadę"? A w liczbie mnogiej jeszcze inaczej "my jedziemy"? Język polski bardzo trudny jest i taki nie logiczny w swoich odmianach:) A dzieci? Dzieci myślą logicznie i tak też mówią. No i u nas pojawia się nowy dla nas haczyk językowy. Dlaczego Mania ma mówić "zlobiłam" a nie jak "wszyscy" "zlobilem" ? A z drugiej strony o ileż łatwiej w życiu kiedy język rozwiązuje za nas wiele problemów. Tutaj po imienu nie rozpoznasz czy właściciel jest dziewczynką czy chłopcem. Dwa lata temu miałam w klasie dziewczynkę i chłopca o takim samym imieniu: Erin. A może być nawet trudniej. Znacie imię James? po polsku Jakub? po amerykańsku James może być dziewczynką i nie ma to żadnego związku z genderowymi zmianami. No i oczywiście James może być nazwiskiem. Często panieńskie nazwisko mamy staje się imieniem dziecka. Ciekawe. Dla nas egzotyczne:)

 A w parku bawimy się na placu zabaw. Kiedy słońce przygrzewa za bardzo siadamy na trawce w cieniu i bawimy się patyczkami. Literki zawsze  wdzięczne do układania:)
Ale same literki to za nudno. Myślicie, że przerzuciliśmy się na chiński? Nie, nic z tych rzeczy. (Chociaż samouczek chińskiego posiadamy, a właściwie to M3 ma - dostał od Wujka M. przesyłką z Polski, żeby sie uczył:). No, więc to nie chińskie znaki powstały z patyczków. A co? ZGADNIJCIE! 
Czekam na Wasze pomysły:) Ciekawe czy umiecie czytać tajne znaki Łobuzów:)

środa, 16 października 2013

Pacyficznie:)

My to szczęściarze jesteśmy. Niezaprzeczalnie. Polecieliśmy do Orange County jak co roku na konwiwencję początku roku, daleko. Bilety nam kupiono, najtaniej i dlatego wylądowaliśmy na lotnisku Johna Wayne'a już w czwartek rano zamiast wieczorem. Małżeństwo, które nas odebrało (następnego dnia na konwiwencji świętowali 55 lecie małżeństwa! WOW!), no więc oni po śniadaniu zawieźli nas nad morze i tam zostawili na parę godzin. Było cudownie. Ciepło. Wiatr. Fale. I ten zapach... Rozkoszowaliśmy się i nagrzewaliśmy na zapas:)
Sami zobaczcie.

 Widok z mola.
 Pelikan pozuje. Troszkę w lewo, lekko w prawo, unieś dziób o tak, troszeczkę:) A turyści pstrykają fotki... Normalnie opłaty powinien pobierać:)
 Dla małej turystki znalazł się nawet wózeczek żeby dała radę:)
 Widok z mola w drugą stronę:)
 I te palmy...
 Duużo piachu...
 I jeszcze więcej piachu...
 Uwielbiam to uczucie... miękki ciepły piaseczek i wiatr we włosach:)
 Fala za falą biegnie i wraca...

 Następna modelka:)
 Pelikan zgłodniał i poluje na świeże rybki... prosto z wiaderka wkurzonego wędkarza.
 Mania czuje piasek...

 Tu byliśmy:)
 Jak miło się tak w piasku zanurzyć!
Już się stęskniłam za bracmi! Wracam! ( 5:30 rano w poniedziałek na lotnisku)

No, a taki krajobraz ukazał się naszym stęsknionym oczom zaraz po przekroczeniu granicy naszego stanu:))

wtorek, 3 września 2013

Sówki...

 Rok szkolny w toku więc obecność Sówki Mądrej Główki wysoko wskazany jest. Prawdą jest też, że bardzo lubię sówki. Wiem, wiem to nic odkrywczego podobno wraca na nie moda... Nic na to nie poradzę, że sowi motyw wzbudza moje emocje. Można je na tak wiele sposobów narysować, uszyć, wydziergać i zawsze są urokliwe... No mam taką słabość. Mam i już:). Uprzedzam więc sówki będą się zlatywać do krainy stadami. Także dlatego, że Mama w Krainie obdarowana została dwoma pudłami skrawków materiałów... I tysiące pomysłów Jej się w głowie kłębi, o krok od eksplozji:). Uczucie zapewne podobne do Zeusowego. Tuż przed zrodzeniem Ateny...
U nas wakacje skończyły się po raz drugi:). Przynajmniej tak się czuliśmy rozkoszując się Długim Weekendem spowodowanym amerykańskim świętem Pracy. Udało nam się pojechać i dojechać do Guernsey na konwiwencję. A potem... nad jezioro tamtejsze. Łobuzy przemieniły się w błotne stwory, albo chlapiące się jeziorowe stwory. Było pięknie, choć słońce miało się już ku zachodowi...
A w poniedziałek leniliśmy się dzień cały:) niestety jakiś wirus katarowy nas prześladuje, co zupełnie nie składa się z wciąż panującym wielkim upałem... Jedynym plusem tego gorąca jest to, że naprawdę trudno myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami zimie, jak tu wierzyć, że w ogóle ona istnieje???:) Lepiej zapomnieć.:)

Jaś:
Wiesz, mamo, Rita to już chyba umie czytać..
(J. bardzo przeżywa, że sam jeszcze nie bardzo opanował tę trudną sztukę:)
ja:
Tak? 
J. 
I nie wiem, mamo jak to się stało, bo ja jestem większy (czyt. wyższy)... Ona chyba dużo jadła, wiesz?...
ja:
ahaaa...

Cóż, żeby to było takie proste:)

poniedziałek, 8 lipca 2013

"Taki rzecz, że dla samochodów..." i o tym co wraz z deszczem spływa...

 Tak właściwie to jestem w trakcie tworzenia magnesowej laleczki z ubrankami dla Mani. Ale jak to w życiu bywa plany się zmieniły... Przyszedł J. i mówi: "że Mamo, a co TY robisz? Fajne, że tak magnesy to będą? Woow, a kiedy zlobisz, taki rzecz, że wiesz jak samochody jeżdżą? Ten taki rzecz jak uszyłaś kiedyś, że dla kogoś, pamiętasz? Jak tor taki, wiesz? A wiesz, Mamo mamy te samochody, że magnesy są! (Całe stosy reklamowych magnesów z lokalnej pizzerii, dostaliśmy od zaprzyjaźnionych właścicieli motelu:) dawno, że już dawno temu:)) "I tak myślę sobie, coś może z tymi samochodami zrobimy... miałam takie skrawki materiałów, "modge podge" wyciągnęłam i już. Dziesięć aut o nowoczesnym wyglądzie już parkuje. I J. je ze mną robił. A potem znalazł tekturkę od jakiegoś tortu, taką, że okrągłą w kształcie:) No i zabraliśmy się za wycinanie, "takiego rzecza, że samochody jeżdżą". Modge podge i czarne skrawki. M3. przyszedł i mówi jeszcze taką wysepkę zieloną na środek zrób. Ok. Mówisz i masz. Ulica na lodówce już przyczepiona. Chyba Mania też się pobawić może, nie?;)
A w tak zwanym międzyczasie J. króla i żołnierza sobie zrobił. Z tego co było pod ręką:)

Tydzień nas nie było. Byliśmy w gościach. Korzystaliśmy z gościnności zaprzyjaźnionego proboszcza w FT. M. Zaaplikował Łobuzom mnóstwo atrakcji. Na koniec pojechaliśmy do Ft. C. na party z okazji Święta Czwartego lipca, Dnia Niepodległości. Łobuzy razem z dziećmi miejscowymi małymi i dużymi odpalały całe stosy fajerwerków. Tzn. Łobuzy patrzyły, skakały, krzyczały z radości lub z nostalgią obserwowały, a dorośli-dzieci odpalali:) A na koniec sąsiad dorzucił torbę zimnych ogni. I radość trwała.

A ja jak to w wakacje bywa chleb piękę, Duży M. wędliny produkować domowe zaczyna a z nieba się żar leje. Dobrze, że i deszcz czasami też. Tak 20 minut to już długo... No i dzieci w czasie deszczu nie nudzą się tylko brudzą się i wodę kochają. Nieważne czy z nieba leci czy na ziemi zgromadzona.:)

piątek, 17 maja 2013

Kapturki. Kolorowe.





To jest zabawa ukochana przez moje dzieci. Dzisiaj nazwali ją: kapturki. Ale bawią się w rycerzy, królów czy książęta, wielbłądy, koniki, pieski i cokolwiek innego im przyjdzie do głowy. Do zabawy potrzebne są jedynie: kocyki albo szale albo większe kawałki materiału. I już. Zabawa stara jak świat, też się tak bawiłam:) Ale świetna. I mali i duzi uwielbiają. Teraz nawet Mania partycypuje.
 I już za nami pierwsza po zimie wyprawa do Veudawoo, Miejsca gdzie narodziła się ziemia, zabraliśmy tam W. na część świętowania Jego Pierwszej Rocznicy Kapłaństwa. Pięknie tam, jak zawsze, amerykańskie krokusy kwitną, sosny pachną, wiatr wieje a góry się piętrzą. Dobre miejsce na spacer, podziw i modlitwę:). A Królewna rośnie. Wspina się wszędzie. Gada z nami, choć używa kilku słów zaledwie:). Śpiewa alleluja i klaszcze do rytmu. I tańczy. Tańczy jak tylko usłyszy muzykę. A i na bębnie próbuje grać z M1 w niedzielę na modlitwie rodzinnej:). I tańczy. A z Nią my wszyscy. Przezabawne. Aż się boję co z Niej wyrośnie - bo przecież Ona tu rządzi:):)
W naszej szkole odbył się końcowy koncert. M2 na gitarze, nie wiem kiedy On to ćwiczył, bo części melodii nie znałam - ale ćwiczył, fajnie wyszło im. A M3 na klarnecie, największe zaskoczenie -dopiero rok gra -  bardzo pięknie z kolegami grali. I On w ogóle ćwiczy dużo, ładny dźwięk wydobywa i nauczył się dzisiaj grać "Zmartwychwstał Pan" i jesteśmy razem bardzo dumni:) bo będzie grał razem z gitarą i śpiewem przy różnych okazjach. I muszę napisać, że po prostu cudowną nauczycielkę mają.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Chyba w końcu nadchodzi. Powoli, nie codziennie ale idzie. Wiosna. Trawa zaczyna się zielenić, gdzieniegdzie przebijają się pierwsze zalążki kwiatów, maleńkie pączki pojawiły się na krzewach i baaardzo hałasują ptaki. Normalnie "Ptasie Radio"! Jeszcze spodziewamy się opadów śniegu, mrozu i innych zimowych podrygów, ale to już będzie tło. Mały dodatek wliczony w koszty:)

Zanim wiosna się zaczęła zdążyłam dwie czapki zamówione zrobić. Jedną dla Z. zamówioną jesienią, oddaną w Polsce.
 Drugą dla M3, bo poprzednia jednak nieudana, za wielka, jakaś kiepska wełna była:) 
Wczoraj z J. odrabialiśmy pracę domową. Trzeba było iść na spacer i znaleźć oznaki wiosny! Jaś na kartce wszystko rysował i zapisywał:) A dziś Pani Go w szkole pochwaliła:)
A poza tym? Co tydzień na niedzielę przygotowujemy "misję na placach" (w parku albo przed kościołem), szykują się koncerty na koniec roku, dużo wycieczek jak to zawsze w maju, Fiesta w szkole (akcja fundraisingowa), i potem wakacje! Zaczynają się 6 czerwca! A no i wcześniej czekamy na W.:) który ma do nas przyjechać świętować będziemy Jego Pierwszą Rocznicę. I zapomniałabym jeszcze M2 urodziny będą za tydzień. Dwanaście lat skończy. Jak zwykle trudno mi uwierzyć, że to już...

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zima zimna i inne przemyślenia..


 Zima. Zimno. Pięknie. Mieliśmy po Mszy i lunchu jechać do Colorado,  całą rodziną na mecze koszykówki Maćkowej drużyny. Nareszcie miało się udać. Potem plan był odwiedzić W. (tego od całusków). A tu co? Pogoda stanęła okoniem. Śnieżyło, wiało jak to w Wyoming i trenerzy zdecydowali o odwołaniu gry... Fakt, że droga nie była bezpieczna a to daleko jednak jest. 
Cóż było robić, wzięliśmy czapki, rękawice i inne niezbędne akcesoria, z szopy wyciągnęliśmy sanki i dalej do parku! Mania pierwszy raz na zasiadła na saneczkach. Zdziwiła się bardzo:) I cieszyła. Opatulona cieplutko, ciągnięta przez silnego Tatę uśmiechała się do braci. Potem znaleźliśmy małą górkę i turlaliśmy w dół. Trochę na sankach, trochę na spodniach, trochę na turlankę:). Dobrze, że takie piękne słońce mamy tu prawie zawsze. Bo jednak chłodno było... A w nocy -25C znowu. Dobrze, że tu blisko nieba i w/w słońca to w południe chociaż cieplej:)
 Zjazd na "turlankę:) M3  tor saneczkowy ubija:)



A jeszcze parę dni temu było tak:  

Mania wypuszczona pierwszy raz z wózeczka. Antoś śmiga do nieba. Starsi bracia uwielbiają zjeżdżać z siostrzyczką. Maciek najlepszy "babysitter" uśpił siebie i siostrzyczkę. Mania wyczaiła otwartą bramkę na schody i myk, myk już się wspięła - niezła jest i ostrożna przy tym. Jaś jej towarzyszy - asekuruje. Takie migawki codzienne, które lubię zatrzymywać na zdjęciach...

A na koniec, choć rzadko to robię, dzisiaj nie mogę się powstrzymać żeby nie napomknąć o tym co się dzisiaj wydarzyło w świecie. Papież ogłosił abdykację. Bardzo mnie - nas to poruszyło. Jakoś zasmuciło też, bo w pamięci i sercu mam Wielkiego Człowieka jakim był Papież Polak... 
B16 darzę ogromnym szacunkiem . To On pobłogosławił nas na tę misję tutaj... I trudna ta decyzja Jego... Ale prowadzi mnie to do jednej konkluzji. Do sedna. Miłość Jedna jest. Wierzę głęboko, że życie zależy od Boga. I On rozumie wszystko czego ja nie rozumiem. i to daje spokój. I już. Będzie dobrze:)