Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogawędki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogawędki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2015

Tydzień temu...


Udało się. Bo musiało. Odwiedziliśmy Nowy Jork. Trzeba było naszą Amerykankę zaopatrzyć w papiery Polki. A taka operacja wymagała udania się do miasta Wielkiego Jabłka. Bez odwołania.
Przygód było bez liku. Mańka rozkosznie nam się w samochodzie pochorowała. Pierwszy raz w życiu. A nawet dwa razy. I zaanektowała tymże czas przeznaczony na szukanie parkingu na Manhattanie. W rezultacie placówkę polonijną zamknięto z Matką w środku, zdenerwowaną, czekającą na resztę ekipy, gorączkowo wypatrującą kawałka ziemi na postawienie pożyczonego samochodu. Ale. Udało się. Ojciec z brygadą poinstruowany przez miłego Pana z placówki znalazł horrendalnie drogi parking i przybiegł dopełnić formalności. Wygląda na to, że dokument Mania dostanie. Uff.
Potem nieśpiesznie smakowaliśmy czy pasuje nam czy nie. I tym razem miasto nas urzekło. Kolorowy tłum, setki języków,  w narzeczu nadwiślańskim coś można było złapać. Gwarno, pełno turystów, biedni i bogaci wymieszani w jednym kotle.
W środku miasta park. Zielono, woda. Tyle thrillerów tu się działo, a tak tu pięknie. Wokoło wieżowce drapią chmury a panowie w liberiach otwierają gościom drzwi. A tam "Mamo, patrz! Ten hotel z filmu Eloise, wow!" "I Kevin to chyba w nim był, nie?"
 Rockefeller Center zaskakująco małe. Przytłoczone, zatłoczone  i bez choinki, nie wiedzieć czemu.
Najciekawszy sklep w NY. Właściwie jedyny ciekawy zważywszy na płeć i wiek większości Łobuzów. Oh, zapomniałam jest jeszcze jeden,  ten z nadgryzionym jabłkiem w godle. Też wzbudza zainteresowanie. I nie całkiem platoniczne, bo można tam zawsze sobie pograć i popróbować.
Zauroczeni. Od samego patrzenia w głowie się kręci.
I centrum "zgniłego kapitalizmu". Mała, szara uliczka.

 Niby Piąta Aleja. Ale na głowy poskąpili. I straszą dzieci w biały dzień. Ha ha.
Jest, jest, jest! Statua Wolności! Plan wykonany. Zobaczyliśmy Empire State Building, WTC, Central Park i ten kościół ze Skarbu Narodów. I Plaza Hotel i Yellow Cabs, no i Times Square!!
Nowy Jork jaki jest każdy wie. Na pewno nie jest nudny. My zwiedzaliśmy tylko Manhattan. Przez inne dzielnice przejeżdżamy. Czasem. Najczęściej nocą:).

sobota, 9 maja 2015

Jedzą budding...


-Zrobię Ci domek, dobrze?
-Wow! TYLKO dla mnie?!!! Super!!!
...
- A ludziki też chcesz?
- Tak! Jasia i Malysię!
...
- Chcemy mamę! Chcemy mamę! Chcemy tatę!! - tekturowe gardła wydają zaskakująco przenikliwe dźwięki....
- Już dobrze, dobrze. I coś jeszcze?
- I Michała, i Mateusza, i Antoniego i Maćka!

...
- A co teraz robią?
- Jedzą BUDDING!


W międzyczasie, gdzieś w drodze między Miastem na B. i Dużym Jabłkiem komuś stuknęła CZTERNASTKA!!! którą  w Kranie obchodziliśmy stekami, tortem i filmem z lekkim opóźnieniem ale za to hucznie!



czwartek, 7 maja 2015

Nie wierzyć planom...


Wybraliśmy się na ślub. Taki z weselem. Że je się i tańczy, i gada. I nawet Pan Młody półkrwi polski. Jego Rodzice pomagali nam w pierwszych latach, jeszcze tam na Dzikim Zachodzie, opiekując się Łobuzami, gdy wyjeżdżaliśmy. Pierwszą noc na obcej ziemi, zasłali nam łóżka i podali do stołu, w swoim zawsze pełnym ludzi domu. Dawno temu, czas płynie, sześć lat jak z bicza. A te Łobuzy to takie małe były, że trudno uwierzyć. 
Wracając do ślubu. Najstarszy z ich dziesięciorga dzieci wżenił się właśnie we Wschodnie Wybrzeże. I przenosi się do dużego miasta na B. , dołączyć do naszej misji:). Bo świat jest mały.
No, właśnie wybraliśmy się na ślub. Z weekendem w pakiecie. Taaa...
Miało być zwiedzanie Nowego Jorku. Koniecznie Empire State Building, Statua Wolności, WTC. I w ogóle. Mnóstwo atrakcji. Cuda niewidy. Pierwszego wieczoru nocne Polaków rozmowy. Jakżeby inaczej, gdy gościliśmy się u Polki i Jej Super gościnnego Męża Libańczyka. A że w podobnych kręgach się obracamy - zresztą tam się poznaliśmy - to było o czym gadać. I choć język nie tak giętki jakby się chciało, kiedy chce się wynurzać w obcym bądź co bądź nam języku, było nieźle. Bo syn ich po polsku całkiem biegle włada. Więc było się w razie czego czym wspomóc. Stare studenckie czasy nam się przypomniały. Do rana roztrząsane problemy tego łez padołu. Nieźle, mówię Wam.
A potem się plany posypały. W obliczu wirusa padły. I padały z chwili na chwilę.
Cóż. Vis major. Łobuzy, o dziwo, matczyną niemoc przyjęły spokojnie. Polka w dużym domu mieszka, a za domem trawa, drzewa, kwiaty, przestrzeń. Kilka patyków i Łobuzów nie było. A jeszcze Mąż Polki zabrał ich do parku na spacer z psem i węża widzieli, i nogi im same do wody powpadały. Bosko było.
Za to jak już zjechaliśmy bladym świtem do domu okazało się, że wirus górą a część z nas zapadła na dwa dni w czeluście materacy, które w Krainie póki co za łóżka robią.
Powróciliśmy już. 

Na tarasie ponad dachami najlepsza zabawa. Mama siedzi i dodaje koloru swoim stopom. Przy okazji biznes prowadzi. 

-Po ile, proszę pani, takie waffles (gofry) jak były u Cioci na śniadanie?
-13 gr. 
-To poproszę. I jeszcze pancakes z czekoladą. To ile razem?
-25 gr.
-Proszę .
-Dziękuję.
-A oto Państwa śniadanie...

Setki porcji. Kawek, herbatek, kakałka. Ile mogą zjeść????


 

Chodź pomaluj mi świat. I słoneczko tutaj. A tam może samochód. Dzieci. Dzieeeci w środku. O , to ja! I Jaś. Machamy ...

Kiedy świat trochę szary zawsze mamy plakatówki, nie?



piątek, 24 kwietnia 2015

Feriowo.

Próbuję namówić Księżniczkę, żeby udała się na odosobnienie.
-Córko, chodź, musisz już na pewno, wychodzimy zaraz, trzeba, naprawdę, serio, koniecznie,
NO CHODŹŻE JUŻ WRESZCIE!
- .....
- przymilam się - Kotku, Żabko, Myszko - pomysły zoologiczne mi się kończą...
-....
(Ogłuchła, chora, może do lekarza trzeba? ach, nie tylko Jej tu nie ma. Jest z Księżniczkami. I ma za nic sprawy tego świata, zagubiona w papierowym zamku).
- Kochanie, może jakieś WERBALNE wsparcie? Hę?- zrezygnowana zwracam się do Jej Ojca.
- Ehh, tak, Córko! Werbalne wsparcie! - M. rzuca okiem na progeniturę. Bardzo skoncentrowanym na monitorze prawym okiem.
Wzdycham. Czas na czyny. Zbliżam się do wciąż ignorującej mnie córki.
- Mania, tu Mama. Ziemia do Mani - nawołuję.
- Ziemia? Mama jest z Ziemi? Wow! - moja córka nagle powraca z Krainy Lodu i wybucha śmiechem. Buha haha! - Mama jest z Ziemi!
A już myślałam, że przemawiam do Niej z Dalekiej Planety w Innej Galaktyce...
Bo trzylatki wszystko słyszą. I co gorsza łapią w lot. Kiedy chcą:).

A tak poza tym to się "feriujemy". Że wakacje mamy takie wiosenne. I nawet z wiosną dookoła. Nie, że tylko w nazwie. Wycieczki robimy. Historycznymi szlakami. Lody jemy. Czasami. Włoskie, że palce lizać. W "Małej Italii". Kilka przecznic od naszych Chin, a jakby na Starym Kontynencie. I po co podróżować?. Cały świat w pigułce. 
W pojeździe miejskiego przemieszczania szybszego pani z przodu próbuje w minutę opowiedzieć osobie po drugiej stronie sygnału, całe życie w języku Cervantesa. Ta z tyłu z kolei wyszczekuje niezrozumiałą melodię rodem z przemowy Mao. Moje myśli płyną w języku pełnym sz i cz. A ten pan obok wygląda na znawcę portugalskiego. Gdzie jesteśmy? W USA oczywiście. język urzędowy: angielski. Tak dla niepoznaki.
Starsze Łobuzy nawiązują kontakty interpersonalne za pomocą piłki z innymi chłopcami z misji. 
Ja "w Cię" trafiam piłką, ale Ty mnie nie dosięgniesz. Zobacz biegam szybciej, złapię ją nim rzucisz itd. itd. A nożną odstawili do szafy. Pięć lat im to zajęło.

Młodzi się poczuliśmy, z małymi dziećmi tylko, miodzik. Chodzimy i chodzimy, kochamy tak chodzić. 
Super te wycieczki, Tato. Serce rośnie. Zapisuję w karcie pamięci, żeby odtwarzać w  te chwile, jak się będą tłukli, albo od najgorszych rodziców nam wypominali.

Dokumentacja zdjęciowa nadlatuje.




Dzisiaj Tato, szczególnie myślimy o Tobie. Mając nadzieję na spotkanie Tam po Drugiej stronie kiedy już czas nadejdzie...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pachnie wiosną!

Ogromna to różnica kiedy na dworze powietrze płuc nie mrozi. Wręcz przeciwnie napełnia zapachem i radością. Zaraz się chce coś nowego zaczynać. I nawet problemy blakną troszeczkę, zawstydzone rozbudzonym na nowo życiem. 

Poszliśmy do Parku. Już za chwileczkę drzewa eksplodują zielenią. A potem zakwitną. Można już to posmakować. Prawie.
Pełno ludzi. Nagle się zaroiło. Dzieci. Młodzi. Starzy. W różnych kolorach i nacjach. 
Aż trudno sobie wyobrazić co będzie za miesiąc. 
Łobuzy zrzuciły wszystkie niepotrzebne warstwy i szykują się do krótkich spodenek. 
Gdzie je Mamo, schowałaś?....Eeee, w woorku? Może jeszcze poczekajcie?
Wczoraj była ta pierwsza niedziela. Wiosna. Tak nagle. Zaskakująco, choć tak bardzo wyczekana.
Mieliśmy też gości. Przyszli na obiad, który tu nazywamy lunchem. Z nimi chłopcy grali w parku w piłkę. Jasio zabrał swój zdalnie sterowany samochód. 

Czysta frajda.  My sobie mogliśmy posiedzieć na rozgrzanej ławeczce. Dać się nagrzać promieniom. Pogadać. W takich chwilach czas staje, a ja nabieram sił.
Wieczorem pojechaliśmy do Seminarium. Tu w B. mieści się ono w starej plebanii. 
W bardzo domowej scenerii. 

Zostaliśmy na śpiewane pięknie nieszpory . W Niedzielę Miłosierdzia - kiedy Bramy Nieba są otwarte. No to i powierzaliśmy wszystko przez te otwarte bramy... 
Potem zostaliśmy zaproszeni na kolację w tym "domowym" seminarium. Na pizzę. I owoce. Na pożegnanie dzieci dostały od rektora i jego zastępcy dwa ogromne, czekoladowe jaja. Bardzo słodkie zakończenie niedzieli, nieprawdaż?
I wokoło zabójczo ta wiosna pachniała, że aż się tak rozmarzyłam:)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Że niby na drugiej półkuli też Boże Narodzenie - Dziecko na Warsztat II grudniowy

Święta Bożego Narodzenia. No pewnie, że muszą być białe. Że bez śniegu? Jak to Mamo? Że upał? No, serio, Mamo nie żartuj! Naprawdę?
A ja tylko opowiadałam im o rozmowie z jedną żoną z Argentyny rodem. A, bo tam w Boże Narodzenie wszystko jest inaczej. Prawie:) Bo najważniejsze rzeczy są na swoim miejscu. Dzieciątko co się rodzi i Matka, i Józef. I aniołowie co budzą pasterzy śpiących snem zasłużonego. Tak ich skutecznie budzą, że ci pędzą do szopy zobaczyć co się dzieje i stada zostawiają. A jak im je ktoś ukradnie? Jaki wilk albo co? Nowina jest tak szokująca i poruszająca, że nie dbają o to. A dlaczego oni zostali wybrani, dlaczego im anieli ogłosili? A nie krewnym Józefa (tym którego nie chcieli z ciężarną żoną do domów przyjmować), albo kapłanom jakim, czy starszym. A może chociaż jakim porządnym ludziom, po bożemu w domach swoich śpiącym. A nie jak ci pasterze nie wiadomo co w tych górach robili.  Nie. Aniołowie "Gloria in excelsis Deo" śpiewają i do Betlejem iść im każą. I poszli. Dzieciątko znaleźli. COŚ musiało w tym maleństwie być. Że Mu pokłon oddali. Że adorowali. Takiego w pieluchach, co może oczy parę razy na Nich otworzył... Króla.
No więc, to wszystko w Argentynie mają.  Ale świętowanie - inne. W Wigilię pieczony prosiak, coś na grillu - parillada Argentina, panettone (nie wiem czemu uwielbiane przez mojego M.).
Idą do Kościoła wieczorem a potem impreza na całego. Całymi rodzinami, ze znajomymi i sąsiadami, hucznie. A potem młodzi idą na dwór. Bo nareszcie można odetchnąć (w dzień jest 40C). I puszczają fajerwerki i tańczą do upadłego. A znajoma mówiła, że jak Jej mąż, narzeczony wtedy jeszcze pierwszy raz z Nią spędzał Święta u Niej, z jej rodziną na drugiej półkuli, to był w szoku. I gdzieś o 3ciej rano wymiękł. Nie dał rady. Poszedł spać. (I tak dzielnie się trzymał:) a ona zadziwiona. A potem Ona. Święta w Colorado. Biało. Zimno. Najpierw obiad potem do Kościoła na pasterkę. A potem... do łóżka..
I tak sobie rozmawialiśmy o tym jak różne zwyczaje są na świecie. I o tym, że prezenty tam nie Dzieciątko przynosi, nie Święty Mikołaj (i oczywiście nie Santa) tylko Trzej Królowie. Na 6tego stycznia.
O , Mamo, a nam też królowie przynoszą. Ale na urodziny Jezusa, On nam też daje prezenty. Czy to nie jest fajne, Mamo?
Fajne. A w Polsce to i na Mikołajki też były. Nawet jeżeli to Mama całą noc grę planszową robiła albo maskotki szyła. Albo, że sąsiadka worek zabawek po wnukach przyniosła. Bo miło dawać i patrzeć jak się cieszą:). I w tym roku cuda się stały i pod choinką prezenty leżały...

W Argentynie szopki szykują, miasteczka całe, Betlejem. My też się staramy zawsze coś przygotować. Pamiętam w pierwszym naszego tutaj mieszkania butelkową zrobiliśmy. I Maryję i Józefa i aniołów i pasterzy i nawet jeden paulin się zaplątał. W tym roku też się udało. W rozmiarze mini, bo możliwe, że szykują się wielkie zmiany i trzeba będzie się pakować szybko.
Szopka do zabawy taka. Do opowiadania historii. TEJ, od której się zaczęło.


Potrzebna nam była puszka po ciasteczkach, filc, takie niby spinacze z główkami (mogą być zwykłe drewniane spinacze do bielizny), klej na gorąco, włóczka i patyczki, i pudełeczko jeszcze.

Wszystkie postaci mogą się przemieszczać co z upodobaniem robią, a historia opowiadana w różnych wersjach.
I poszli, bo cezar kazał im się policzyć. I szli i szli. A potem pukali. Puk, puk. Czego chcecie, skąd idziecie? Moja żona jest w ciąży, noclegu szukamy.. A idźcie stąd, miejsca nie mamy!... Puk, puk? Kto to puka, czego szuka? To ja Jóżef, twój kuzyn.. Nie ma miejsca...
i tak dalej i tak dalej...
A potem Dzieciątko się rodzi i aniołowie śpiewają. A na koniec Trzej Mędrcy przybywają, czołem biją i dary składają.
A Mania myśli, że to dla Niej tylko i opowiada sobie. Puk, puk. Kto to?.....No i baby się rodzi.

 I Trzej Królowie do L. zawitali. Jak co roku w drodze do Betlejem się zatrzymali. A czy ktoś w nich rozpoznał dwóch braci Łobuzów? Nie, chyba nie, coś mi się przywidziało...
https://fbcdn-sphotos-f-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/v/t1.0-9/10891676_10205805502518303_4254195594175778318_n.jpg?oh=95f67e400646384ce54848f1bc463412&oe=553B66A6&__gda__=1430433267_2d105e82bb7d1830bd7ec4f0b3314f4e

  co się u innych działo?
Zobaczcie sami!


czwartek, 13 listopada 2014

Trzynastego o jedenastym...

 Śniegiem zasypało, mrozem powiało. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się skrzy i lśni, a białe kryształki chrzęszczą pod nogami. Za to  mieliśmy piękne świętowanie Niepodległości tego roku. Rankiem pytania:
- A czemu Tato, zdjąłeś flagę? (wisiała od 1 sierpnia do połowy października dla uczczenia 70t-ej rocznicy Powstania)
- Nie zdjąłem ,właśnie idę zawiesić!
- O!
- Dlaczego?
- A jak myślisz?
- Bo.... Dzień Niepodległości jest!!!
W południe lepienie "kamyków".
- Lup, mi tamyt, Mami! Lup! Zucaj!
- Chcesz rzucić?
- Nie! Ty lup i zucaj! Mami:)

A wieczorem, Niespodzianka. Przyjechał W. , tak wziął nas prawie z zaskoczenia - dzwoniąc, że jedzie już w trasie:). Przyjechał zmarźnięty i zmęczony, bo droga ciężka była, śnieg padał i lód na drodze. Na szczęście bezpiecznie, dotarł (a następnego dnia wrócił, "trochę" tylko dłużej niż ustawa przewiduje Mu to zajęło, no dużo dłużej, ale bezpiecznie dotarł, szaleniec jeden:). Ciepły żurek i grzaniec na Niego czekał. 
I celebrowaliśmy Eucharystię, powoli, rodzinnie. Karmiliśmy się Słowem i Ciałem. 
I rozgrzewaliśmy się lepszym obiadem, ze zdumieniem obserwując termometr wskazujący coraz i coraz niższą temperaturę. Spadającą do -30C. A na koniec raczyliśmy się polskim Ptasim Mleczkiem, co to je Łobuzy kochają. 
Kiedy  dzieci poszły spać można jeszcze było delektować się Nocnymi Polaków Rozmowami. Wzajemnie wspierać. Bo co tu dużo ukrywać mieszkamy na obcej ziemi. Daleko. Choć posłani, i On i My, choć cieszymy się z misji, choć każdego dnia widzimy, że Pan Bóg jest, że się o nas troszczy, no, kocha tak poprostu, to czasem tęskno mi, Panie.... I w ogóle bez problemów to nudno jest, nie? 
Nie obyło się bez akcentów patriotycznych, ofkors. Oprócz zawieszonej rano flagi, zrobiliśmy sobie własne chorągiewki, co prawda nie machaliśmy nimi na przywitanie W., ale dzieci i chorągiewki były:) Nie, że na trasie przejazdu, no nie mróz za duży ale na mecie:). 
Przestudiowaliśmy też zmianę polskiego godła od odzyskania niepodległości do dzisiaj. Było też więcej w planie, ale plany się zmieniły i dzień ukierunkował nam się bardziej na Ojczyznę Niebieską:) Taki już klimat mamy:)


poniedziałek, 3 listopada 2014

O śniegu i cmentarzu. Na zdjęciach:)

 Zima jest. Ogłaszam wszem i wobec:). Łobuzy zakończyły doroczne wyglądanie przez okno i niecierpliwe oczekiwanie na śnieg... (wariaci:). Już niedługo zaczniemy wielomiesięczne oczekiwanie na pierwsze pączki na drzewach:) Ale póki co trwa szał. Śniegiem cieszenie się i rzucanie. Bałwanolepienie i ogólne zachwycenie. 
"Mamo! Śnieg! Pada! Jest! Maaamooo!:)"



 A wczoraj byliśmy na cmentarzu... Zupełnie tam było pusto. Żadnych lampek. Żadnych modlitw, spotkań po latach, ludzi... Tylko my. I piękny zachód słońca. Ostatni taki bez śniegu. Tata rozesłał chłopców żeby znaleźli sobie groby i modlili się za tych, którzy są tam pochowani. Jaś i Mania chodzili z nami. Dużo grobów z odległej jak na Laramie przeszłości. Rozmawialiśmy o przemijaniu, o Bożym miłosierdziu, o świętych obcowaniu o śmierci i zmartwychwstaniu. O Naszych Bliskich co są już Tam. Piękny dzień. Blisko Nieba.


niedziela, 10 sierpnia 2014

Potyczki językowe i znaki patyczkowe:)

-Jechamy do parku!
-Jecham sam przez całe alley!! bez stopu!

Dziwnie brzmi dla Was? Ale jakże logicznie. Skoro bezokolicznik brzmi "JECHAĆ" to dlaczego mówimy "ja jadę"? A w liczbie mnogiej jeszcze inaczej "my jedziemy"? Język polski bardzo trudny jest i taki nie logiczny w swoich odmianach:) A dzieci? Dzieci myślą logicznie i tak też mówią. No i u nas pojawia się nowy dla nas haczyk językowy. Dlaczego Mania ma mówić "zlobiłam" a nie jak "wszyscy" "zlobilem" ? A z drugiej strony o ileż łatwiej w życiu kiedy język rozwiązuje za nas wiele problemów. Tutaj po imienu nie rozpoznasz czy właściciel jest dziewczynką czy chłopcem. Dwa lata temu miałam w klasie dziewczynkę i chłopca o takim samym imieniu: Erin. A może być nawet trudniej. Znacie imię James? po polsku Jakub? po amerykańsku James może być dziewczynką i nie ma to żadnego związku z genderowymi zmianami. No i oczywiście James może być nazwiskiem. Często panieńskie nazwisko mamy staje się imieniem dziecka. Ciekawe. Dla nas egzotyczne:)

 A w parku bawimy się na placu zabaw. Kiedy słońce przygrzewa za bardzo siadamy na trawce w cieniu i bawimy się patyczkami. Literki zawsze  wdzięczne do układania:)
Ale same literki to za nudno. Myślicie, że przerzuciliśmy się na chiński? Nie, nic z tych rzeczy. (Chociaż samouczek chińskiego posiadamy, a właściwie to M3 ma - dostał od Wujka M. przesyłką z Polski, żeby sie uczył:). No, więc to nie chińskie znaki powstały z patyczków. A co? ZGADNIJCIE! 
Czekam na Wasze pomysły:) Ciekawe czy umiecie czytać tajne znaki Łobuzów:)

czwartek, 17 lipca 2014

Wakacyjnie...

Wakacje. I jakoś zrobiły się wakacje też od blogowania. Nawet warsztat ostatni - warsztat NIESPODZANKA leży odłogiem.  Pomysł mamy. Jakoś sam się urodził podczas czytania Pana Kuleczki. Więc nadzieja jest. Może się jeszcze uda:)

A tak poza tym....
"Ludzie są w 3D, Antosiu, że ludzie nawet w ogóle nie są prości" - bardzo poważnie dzisiaj Jaś  przy stole oznajmił. No i jakaś głęboka mądrość za tym się kryje no, nie?

My cały czas na Dzikim Zachodzie. I pewnie jeszcze chwilę tu zostaniemy. A tu pada. (I tu drogi czytelniku wyobraziłeś sobie ścianę deszczu, deszcz lejący dzień i noc, wilgoć i ciemność...i w ogóle:). A my cieszymy się z tego! Bo jak u nas pada to kilkanaście minut dziennie. Raz padało pół dnia. I wszystko wokół zielone. Jak nigdy. Kwiatki kwitną. I ten zapach. Bardzo tęskniłam do takiego powietrza, bo pachnie jak  w Polsce. Głęboki wdech i czujesz, że żyjesz. Zamiast suchego powietrza bez zapachu.... Tak się u nas rzeczy mają tego lata. :)

Jak co roku był Czwarty Lipca. A Czwartego Lipca w tym kraju mamy Święto Niepodległości. I festyn w parku:). I lody, zjeżdżalnie, koncerty, dużo stoisk wyborczych - zbliżają się lokalne wybory, magik i inne atrakcje. Było wesoło i dużo znajomych. A wieczorem FAJERWERKI. Pojechaliśmy oglądać. Śliczne.
 Udało nam się tego lata dwa razy już pojechać do Vedauwoo. Tam Gdzie Narodziła się Ziemia. Na imieniny A. spędziliśmy tam nawet cały dzień, na koniec piekąc pianki na ognisku. A chłopcy zbudowali mostek na strumyku. Z wielkich bali:).


Lenimy się na naszej trawce albo sprzątamy. Czytamy tonami, gramy w gry planszowe i nie tylko. Nie obywa się bez kłótni. Czasem śmiejemy się, że nas przepona boli. Oglądamy razem filmy. Taplamy w baseniku za domem i czasem w dużym, miejskim. Do chłopców przychodzą koledzy. Staramy się nie denerwować pewną taką niepewnością co zakradła się do naszej Krainy. Żyjemy dniem dzisiejszym czekając co nam Pan Bóg w przyszłości przygotował.  I strasznie szybko nam te wakacje mijają:)....


wtorek, 20 maja 2014

Trzeciego Maja zupełnie bez związku z konstytucją...

To było 3 maja. Ale zupełnie nie konstytucyjnie, bo w końcu to nie TA konstytucja (dla przygodnego czytacza wyjaśniam: Kraina wbrew pozorom nie znajduje się w Polsce tylko w środku Dzikiego Zachodu:). Trzeciego Maja wciąż trwającego roku, a więc straaasznie już dawno. Odbyła się FIESTA. Największa fundraisingowa akcja naszej szkoły:). A wcześniej Matka w Krainie dziergała i tworzyła co się dało żeby stworzyć "coś" za co "ktoś" mógłby oferować szkole jakieś fundusze. Bo to taka zabawa jest. Możnaby przyjść i wypisać czek w szkolnym sekretariacie i już. Szkoła "wspomożona":). Ale jest inaczej. Tygodnie przygotowań, donacji i donatorów, zabawy i pracy ciężkiej. A potem impreza. Elegancja- Francja, jedzenie i tańce. No, i aukcje. Najwięcej emocji budzi ta z prawdziwym prowadzącym licytację. Bo co roku ciasto pieczone przez zasłużoną, emerytowaną nauczycielkę zerówki sprzedaje On za wyższą cenę. W tym roku 6 tysięcy dolarów za PÓŁ ciasta:) Nieźle, nie?. A szkoła bardzo potrzebuje tych pieniędzy. Więc zabawa jest:)
Oczywiście koszyk Krainowy poszedł na cichej aukcji za jakąś malutką sumkę, nie ma co porównywać ani śnić o tej popularności co w/w ciasto :):):). Za to sprawił dużo radości przy przygotowywaniu. Tu dziękuję Królowej Matce za inspirację:) do zrobienia serwetkowego obrazka jako zestaw z ptaszkami, które lubię sobie dziergać.
Ptaszki, kwiatki, osłonki na kubki z parującym rumiankiem. No i, oczywiście - świeca. Obrazki dziergane, laleczka - jednym słowem zabawa na długie noce i poranki była. Że jak skończyłam była szydełkiem machanie, i po oddaniu do szkoły, wróciłam do domu to zdawało mi się, że coś koniecznie muszę wydziergać, przykleić, obmyślić, dokończyć. A to tylko przyzwyczajenie było:).
I na koniec Drogi Czytelniku, skoro doczytałeś/aś aż dotąd i oglądasz nie najlepsze zdjęcia Krainowe, na osłodę podam Ci, kilka nowinek  prosto z miasteczka położonego "in the middle of nowhere". Czyli z Krainy Łobuzów, tych Wesołych.
Nie jest lekko ale trwamy :)). Mamy nadzieję, że niedługo objawią się jakieś szczególy naszych przenosin dwie godziny bliżej Polski.
Łobuzy zdrowieją, plamy i krosty znikają, skośne oczy dawno wróciły do migdałowej normy. Za to Księżniczka kaszle ale w końcu rodzina jest patologicznie wielodzietna, więc czego tu wymagać:)
Rok szkolny zbliża się ku końcowi, czego z ulgą oczekujemy. Koncerty jeszcze dwa w czwartek. Jakieś wycieczki, końcowe projekty. Dzisiaj J. pojechał był z klasą do Denver do ZOO. Wycieczka szalona, długa (2 i pół godziny samochodem w jedną stronę). Jaś pękał z dumy. I zwierzęta widział. Słonie niebieskie i czarne. I lwa z takim czymś to "male" był, mamo i "female" też, tak leżała. Mama i tata. I małpy ale nie psociły tylko jadły obrane banany. I żyrafa widziana już na początku, bo koło toalety (to żyrafa chodzi do kibelka - padło pytanie z "tłumu") ale odwiedzona później. I małe zwierzątka - a te w budynku! i w ogóle nawet na minutkę nie zasnął w samochodzie. I mówiłem dużo, mamo! Nikt w to nie wątpił w Krainie:)
A za oknem wiosna i kwiatki i krzewy zaczynają kwitnąć i trawa wyjątkowo zielona po tych tonach śniegu z zeszłego tygodnia..
A miała być krótka notka o koszyku. Słów dwa... Ha, ha!
Dobranoc moi Drodzy! Czas na mnie.


wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziecko na Warsztat - zajawka historyczna:)

Na warsztat historyczny cieszyłam się od początku. Bo to obok działalności plastycznej nasz ulubiony temat działań. Trochę wymuszony koniecznością - bo żyjemy w Ameryce a tu mało uczą o historii Europy a co dopiero Polski. A my historię kochamy jak stoimy, jedni bardzo, bardzo a inni bardzo:).
Tak więc pomysłów na ten warsztat mamy mnóstwo. Dla małych i dużych... Ale... kwiecień to czas był przed i po Paschalny. Pełen innych zajęć. I przedostatni miesiąc w szkole i szykowanie "koszyka" na aukcję w czasie Fiesty i sprzątanie i pieczenie na Wielkanoc i w ogóle... No i warsztat się jeszcze nie odbył. No, nie udało się. Przykro mi bo idea była, że wszyscy razem tego samego dnia i to naprawdę fajne jest. My na pewno warsztat zrobimy. Ale prosimy poczekajcie . Myślę, że warto, bo Łobuzy historycznie lubią. Dużo i ciekawie.
Bo u nas warsztaty-mini są codziennie prawie. Przy obiedzie. Tata M. kwizy robi. Pytania za ? punktów. Kiedy była bitwa pod....? Kto to był....? Co znaczy...? Dlaczego...? Po co....? Dla każdego znajdzie się pytanie na odpowiednim poziomie. A inni korzystają:) A jak miło gdy się coś wie!
Tata M. wyszukuje też w necie (regularnej telewizji nie mamy) filmiki dokumentalne-historyczne-edukacyjne dla Łobuzów. I oglądamy.  Rozmawiamy o książkach, które przeczytali albo o tym czego jednak się w szkole nauczyli. A ostatnio gramy w grę planszową "Kocham Polskę". Polecam!

http://sanctus.com.pl/adm/fckeditor/upload/image/kocham_polske03.jpg
 http://sanctus.com.pl/adm/fckeditor/upload/image/kocham_polske03.jpg
 A tu zobaczcie jak bawiliśmy się historią naszej rodziny:
Projekt Rodzina!
Zaduszki

I zapraszamy na inne fantastyczne blogi, zaglądajcie i inspirujcie się!