Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Jedzą budding...


-Zrobię Ci domek, dobrze?
-Wow! TYLKO dla mnie?!!! Super!!!
...
- A ludziki też chcesz?
- Tak! Jasia i Malysię!
...
- Chcemy mamę! Chcemy mamę! Chcemy tatę!! - tekturowe gardła wydają zaskakująco przenikliwe dźwięki....
- Już dobrze, dobrze. I coś jeszcze?
- I Michała, i Mateusza, i Antoniego i Maćka!

...
- A co teraz robią?
- Jedzą BUDDING!


W międzyczasie, gdzieś w drodze między Miastem na B. i Dużym Jabłkiem komuś stuknęła CZTERNASTKA!!! którą  w Kranie obchodziliśmy stekami, tortem i filmem z lekkim opóźnieniem ale za to hucznie!



poniedziałek, 29 września 2014

O Dziewczynce, Która Stała się Gwiazdą... Dziecko na Warsztat w podróży po Wyoming.


Dawno, dawno temu kiedy księżyc był samotny na niebie, żyła dziewczynka z plemienia Szejenów o imieniu Quillworker. Nie miała braci ani sióstr, ale Jej rodzice byli dumni ze swojego jedynego dziecka. Jej niezwykłe umiejętności haftowania przynosiły sławę całemu plemieniu. Starsze kobiety w wiosce zachwycały się tym, że Dziewczynka mimo tak młodego  wieku pięknie ozdobiła już 30  bizonie skóry, co normalnie zajmowało całe życie.
Quillworker chodziła do Chaty Twórczyń  uczyć młodsze dziewczynki jak zbierać  igły jeżozwierza i zabarwiać je na żywe kolory a potem z nich przepiękne wzory. Starsze kobiety spierały się, która była nauczycielką Quillworker, tak bardzo Dziewczynka była utalentowana.
Pewnego dnia Quillworker siedziała w tipi ze swoimi rodzicami wycinając wojenną koszulę z miękkiego kawałka skóry. Pracowała od wielu tygodni, przeszywając czerwone, niebieskie, żółte i białe igły jeżozwierza na skórę. Kiedy skończyła swój nowy wzór, wycięła opaskę, getry z miękkiej skóry jelenia, potem zrobiła mokasyny i parę rękawic.
Matka dziewczynki obserwowała Ją z zaciekawieniem. "Córko, dlaczego przygotowujesz strój wojownika? Twój Ojciec ma już swój a nie masz żadnych braci. Nie jest to też jeszcze czas na zamążpójście dla Ciebie."
"A poza tym co to za wzór? Nie znam go."
Quillworker odpowiedziała dotykając stroju:"Jest piękny, prawda? Zobaczyłam go we śnie."
Matka pokiwała głową."Dobrze, że uważasz na swoje sny. To przez nie Wielki Duch przemawia do nas."
Quillworker pracowała wiele dni i nocy. Kiedy skończyła, przygotowała następną skórę jelenia i rozpoczęła ozdabiać kolejny strój wojenny. Robiła to jeszcze sześć razy i za każdym razem Matka pytała ją" Córko, dlaczego szyjesz strój wojownika?" I za każdym razem Quillworker odpowiadała: "Nie wiem, Matko. To przyszło do mnie we śnie". Kiedy skończyła siódmy strój zobaczyła, że jest mniejszy od pozostałych. Jakby przeznaczony dla chłopca a nie mężczyzny. Do niego Dziewczynka dodała także   kołczan przyozdobiony takim samym jaśniejącym wzorem.
Jej praca była skończona. Zapakowała trochę swoich ubrań razem z igłami jeżozwierza i jedzeniem z odkładanym od jakiegoś czasu. Wzięła nóż, narzędzia do wyprawiania skór i gotowania.
Kiedy Matka zobaczyła co robi, zapytała: "Córko, dokąd idziesz?"
Quillworker uśmiechnęła się: "Siedem dni stąd znajduje się tipi Siedmiu Braci. To dla nich te stroje. Będę ich siostrą i kiedyś Wszyscy Ludzie będą ich podziwiać.
"Tak niech się stanie, Córko. Pomogę Ci się przygotować do drogi.
Razem przywiązały psy do toboganów. Dziewczynka była gotowa do drogi.
"Skąd  znasz drogę?" spytała Matka.
"Nie znam" odpowiedziała Quillworker "ale pojawia się w moich snach. Nie zgubię się"
Pożegnała się z Matką i z psami podążającymi za Nią wyruszyła w kierunku gór.
Sześć dni wędrowała, jedząc pemmikan i świeże jagody, popijać wodą z bukłaka. W nocy owijała się skórą bizona i spała przy małym ognisku.  Sny  były Jej przewodnikiem w podróży za dnia.
Wreszcie siódmego dnia doszła do strumienia. Na jego drugim brzegu, w niewielkim gaju ujrzała potężne tipi. Czy to może być schronienie Siedmiu Braci? Było zrobione z więcej niż dwudziestu skór bizonich.
Kiedy psy Dziewczynki weszły do wody, z tipi wyłonił się chłopiec. " Szukam Siedmiu braci. Przyniosłam dary" zawołała.
Chłopiec uniósł dłoń w geście powitania. Jestem Wihio, najmłodszy z Siedmiu. A Ty jesteś Quillworker, nasza nowa siostra. Czekałem na Ciebie."
"Czekałeś? Widziałeś mnie we śnie?"
Wihio pokręcił głową. "Ja wysłałem Ci sen. Mam Moc Poznania i Moc Dosięgania Nieba."
"Co to jest Dosięganie Nieba?" zapytała siostra.
"Zobaczysz," odpowiedział "Bracia polują, ale powinni niedługo wrócić. Chodź pokaże Ci  naszą chatę.
(.....) cdn.:)

Kraina znajduje się za górami, za lasami, za oceanem. Pośrodku wielkiego lądu, pomiędzy górskimi pasmami, na rozległej prerii. Latem słonce praży tu niemiłosiernie, a silny wiatr  wznosi tumany suchego, czerwonego piasku wraz z obeschłymi preriowymi krzaczkami. Zimą cała kraina zamarza i pokrywa się śniegiem wzburzanym przez ten sam wiatr, choć czyste powietrze skrzy się od słonecznego blasku. I pomimo, że zima trwa tu najmarniej osiem miesięcy, już wiele setek lat temu zamieszkiwali ją ludzie. Twardzi i zależni od natury. Ich ojcowie i dziadowie przekazywali dzieciom historie tłumaczące otaczający ich świat. Piękne, barwne legendy i mity. Jednym z plemion, które posiadało tę ziemię wiele, wiele lat temu i od którego nazwę otrzymała stolica naszego stanu, to Szejenowie (Cheyenne). I właśnie piękny mit o pochodzeniu Gwiazd (a właściwie Wielkiego Wozu) stał się centrum naszego warsztatu. Quillworker to utalentowana dziewczynka, która wyszywa przepiękne wzory na skórze jelenia i bizona z jeżozwierzowych igieł barwionych na żywe kolory. Ma sny, za ktorymi podąża. Przygotowuje siedem przepięknie zdobionych strojów wojennych. Wyrusza w podróż aby odnaleźć Siedmiu, dla których są przeznaczone. Staje się ich siostrą. Pewnego dnia przychodzi Wielki Bizon i żąda wydania dziewczynki. Bracia się nie zgadzają. Bizon im grozi. Następnego dnia przychodzi Wielka Krowa i chce tego samego. Odpowiedź Siedmiu jest ta sama. Krowa grozi im czymś strasznym. Nic to nie daje. Trzeciego dnia nadchodzi Wielkie Stado Bizonów. Stoi u wejścia do tipi, a wokoło cała ziemia drży. Powietrze drży. Wydaje się, że nie ma już wyjścia. Ale Bracia nie oddadzą Siostry. Najmłodszy wyjmuje strzałę z kołczanu ozdobionego przez Quillworker. Pozostali chronią Siostrę. Najmłodszy, który ma Dar Sięgania Nieba, każe im wspiąć się na drzewo. Sam strzela z łuku i chwyta się gałęzi. A potem... Drzewo Sięga Nieba. Wyżej i wyżej. Rodzeństwo widzi stado gdzieś daleko w dole. Ale... są już tak wysoko, że nie ma odwrotu. Chwytają się za ręce... i pozostają na niebie. Najmłodszy to Gwiazda Północy. Najjaśniej świeci Quillworker. Po dziś dzień Wszyscy Ludzie ich podziwiają:).


Łobuzy słuchały jak urzeczone. Czytaliśmy książkę znalezioną w bibliotece klasowej M3 a więc po angielsku. Dla Was Drodzy Goście, Matka wykonała próbę opowiedzenia historii w języku Przodków..., bo zdaje sobie sprawę, że większość z Was chętniej czyta w tym języku, w którym galopują Wasze myśli:). Nie jest to profesjonalne tłumaczenie, ale Matka żywi cichą nadzieję, że Jej to wybaczycie:)

W warsztatach brało udział czworo Łobuzów. W wieku lat jedenastu, dziewięciu, sześciu i dwóch z poważną nadwyżką. Wszyscy zasłuchani. A potem zabawieni. Jednym słowem: "Mamo, lubię to robić!"

Do naszej zabawy użyliśmy:
- tutki po papierze toaletowym (upchnięte w jakimś zakamarku, ostały się przed sprzątaniowym zapałem Matki:)
- kolorowe kartki
- flamastry i kredki
- nożyczki
- klej do papieru
- patyczki (uzbierane prze Manię)
- taśma klejąca i zszywacz do szybkiego zbudowania tipi w wiosce:)
- wyobraźnię w dużej dawce:)

Postanowiliśmy zrobić sobie własne indiańskie plemię. Ubrane w pięknie ozdobione przez nas "skóry". Zupełnie nam nie przeszkadzało, że z papieru:) Zamiast ozdabiania igłami jeżozwierza, przenosiliśmy co nam się "śniło", rysując flamastrami:). Zamysł Matki był taki, co by Dziatwa powielała wzory Quillworker. Ale Łobuzy pomysł miały inny. Własny mianowicie. Kto by się oglądał na czyjeś już wymyślone wzory. Sami mamy wyobraźnię, prawda?


 Na jednej "skórze bizoniej", tej "wyszywanej " przez A. pojawiła się cała historia. 
"Mądry szaman w górach pomaga mężczyznom, kobietom i dzieciom. Mądry szaman pomaga tancerzom Wielkiego Ducha. Mądry Szaman zrobił ognisko i upiekł dużo ryb w indiańskiej wiosce."
Spisana mową indiańskich znaków. Bo to one były naszym kolejnym punktem programu. Bardzo trafionym zresztą. Wymyślanie opowieści czy informacji przy pomocy tych małych piktogramów to prawie jak praca szyfranta! I nie wiem jak Wy, ale my uwielbiamy takie zabawy!.

Tu gdzie mieszkamy historia rdzennych mieszkańców i ich pięknych legend przeplata się z trudnymi losami pionierów, którzy przebyli dłuuugą drogę, aby w końcu osiąść na tej nieurodzajnej choć urokliwej ziemi. To przeplatanie niestety wielokrotnie połączone było także z rozlewem krwi. O  osadnikach mamy nadzieję opowiedzieć Wam nieco w środę, kiedy będziemy mierzyć się po raz pierwszy z projektem "Przygody z książką". Czekajcie:)

Nasze szejeńskie warsztaty powstały w ramach blogowego projektu Dziecko na Warsztat wyrusza w podróż:) czyli Druga Edycja. Bierze w nim udział około 80 innych blogowych Mam z całego świata. Ruszajcie z nimi w podróż jest bardzo ciekawie! 

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgUwp7WHFMOVi61SK53W4DE4UzcZe_55Ew7itO4cwyqyAuPpd-PCiQJW-Sn3gS6dvHwfhXaSSkX3nyCGNEx4stip8CnIQSdxfg52tQjfYYS-yQtcPO1Rlr7SsSOQ8HMFK2JRKz8GcYhDwEu/s1600/10580046_966355333381715_3436795246023927159_n.jpg







wtorek, 16 lipca 2013

Wodujemy tratwę!


 Dzisiaj były moje urodziny. Kolejne:) I tak wszyscy wiedzą, które:) Przyszli goście, przynieśli pyszny deser, a potem nauczyli mnie grać w cribbage. Ale nie o tym dzisiaj chcę napisać. Tylko o dwóch plastikowych butelkach i kawałku tektury a właściwie pozostałości po ramce na obrazki. Jak te śmiecie zamieniły się w tratwę. Statek kapitana Jasia. A tak zwyczajnie się to stało. Przy pomocy taśmy klejącej. Skleiliśmy butelki. Kapitan je pomalował. Tekturkę obkleiłam ja i dokleiłam boki. Podpórka od ramki stała się żaglem i już. Płyniemy. A że nasz basenik wypełnił się był deszczówką po sobotniej wielkiej ulewie to woda nadawała się jedynie na wodowanie tratwy. A nawet dwóch. Bo M3 sporządził swoją. Red Bird. Jutro trzeba będzie jakąś załogę zaokrętować. Ahoj!

poniedziałek, 8 lipca 2013

"Taki rzecz, że dla samochodów..." i o tym co wraz z deszczem spływa...

 Tak właściwie to jestem w trakcie tworzenia magnesowej laleczki z ubrankami dla Mani. Ale jak to w życiu bywa plany się zmieniły... Przyszedł J. i mówi: "że Mamo, a co TY robisz? Fajne, że tak magnesy to będą? Woow, a kiedy zlobisz, taki rzecz, że wiesz jak samochody jeżdżą? Ten taki rzecz jak uszyłaś kiedyś, że dla kogoś, pamiętasz? Jak tor taki, wiesz? A wiesz, Mamo mamy te samochody, że magnesy są! (Całe stosy reklamowych magnesów z lokalnej pizzerii, dostaliśmy od zaprzyjaźnionych właścicieli motelu:) dawno, że już dawno temu:)) "I tak myślę sobie, coś może z tymi samochodami zrobimy... miałam takie skrawki materiałów, "modge podge" wyciągnęłam i już. Dziesięć aut o nowoczesnym wyglądzie już parkuje. I J. je ze mną robił. A potem znalazł tekturkę od jakiegoś tortu, taką, że okrągłą w kształcie:) No i zabraliśmy się za wycinanie, "takiego rzecza, że samochody jeżdżą". Modge podge i czarne skrawki. M3. przyszedł i mówi jeszcze taką wysepkę zieloną na środek zrób. Ok. Mówisz i masz. Ulica na lodówce już przyczepiona. Chyba Mania też się pobawić może, nie?;)
A w tak zwanym międzyczasie J. króla i żołnierza sobie zrobił. Z tego co było pod ręką:)

Tydzień nas nie było. Byliśmy w gościach. Korzystaliśmy z gościnności zaprzyjaźnionego proboszcza w FT. M. Zaaplikował Łobuzom mnóstwo atrakcji. Na koniec pojechaliśmy do Ft. C. na party z okazji Święta Czwartego lipca, Dnia Niepodległości. Łobuzy razem z dziećmi miejscowymi małymi i dużymi odpalały całe stosy fajerwerków. Tzn. Łobuzy patrzyły, skakały, krzyczały z radości lub z nostalgią obserwowały, a dorośli-dzieci odpalali:) A na koniec sąsiad dorzucił torbę zimnych ogni. I radość trwała.

A ja jak to w wakacje bywa chleb piękę, Duży M. wędliny produkować domowe zaczyna a z nieba się żar leje. Dobrze, że i deszcz czasami też. Tak 20 minut to już długo... No i dzieci w czasie deszczu nie nudzą się tylko brudzą się i wodę kochają. Nieważne czy z nieba leci czy na ziemi zgromadzona.:)

wtorek, 4 czerwca 2013

O tym co się dzieje kiedy słyszę, "mamo, zróbmy coś z TEGO..." i o łataniu dziur w lekcji...

Miesiąc maj był miesiącem pewnej niepewności. Niepewności czy zostaniemy w obecnym domu czy będziemy wynajmować inny... Na tę okoliczność rosła "na wszelki wypadek" w garażu sterta KARTONÓW, kartoników i pudełek. Urosła całkiem, całkiem. Niektóre kusiły i kuszą Łobuzy . J. raz po raz rzucał: "mamo, zróbmy coś z TEGO", z TAMTEGO na pewno COŚ zrobimy... I pewnego dnia spojrzawszy na Niego nowymi oczami , rzekłam: Synu! Lat masz już pięć i pół: Zrób to sam! - zabrzmiało to niemalże jak echo dzieciństwa - programu pana Adama Słodowego... Synek spojrzał na mnie i już myślałam, że powie: "ależ , mamo cała przyjemność w robieniu tego razem!"... ale nic z tego, nie byłam mu potrzebna już. Dorósł. Nożyczki, klej, 3 kartki kolorowego papieru, zasiadł w kąciku i działał. Ja zupełnie zapomniałam, że J. coś dłubie, klei i wycina. Po godzinie zaskoczył mnie swym dziełem. Żeby nikt nie pomyślał, że ktoś jeszcze miał udział w tworzeniu, pokrył cały dach jednostajnym napisem...
A ponieważ przeprowadzki nie będzie jednak - zostało nam mnóstwo pudeł i kartonów do zagospodarowania. A tu przecież wakacje od czwartku!!!! Hurrra!
Dla mnie wakacje zaczęły się już dzisiaj, bo odbyłam ostatnią, pożegnalną lekcje religii. Zjedliśmy ciasto, wręczyłam dzieciom dyplomy, rozdałam prace, które dekorowały naszą klasę, pożegnałam się goręcej z tymi, których nie będę już za rok uczyć i ... nawet udało mi się biurko uprzątnąć i okolice:). Mam wolne! Ta dam, ta dam!
Ale znalazłam jeszcze zdjęcia, zabawy do lekcji o Zesłaniu Ducha. Takie łatanie dziury dla rozruszania dzieci zmęczonych po hasaniu na dworze w upale (albo mrozie:). Narysowałam (a właściwie nabazgroliłam) na duużym kawałku papieru uczniów i Maryję. Na wszystkich Duch w postaci ognia zstąpił... no, nie całkiem. Coś się stało z ogniem nad Maryją:):). Każdy otrzymał "płomień" do ręki. Zawiązywałam im po kolei oczy i "go!" . Wygrała Anja, bo przykleiła "Ducha Św." najbliżej głowy Maryi. Wesoło, odpoczynkowo, rozrywka w temacie.
A tak poza tym byliśmy w Denver, była konwiwencja po Wielkiej Misji. A teraz Duży M. i M2 pojechali w Góry Skaliste na dni dwa na wycieczkę klasową tego drugiego. Bo nasz Dwunastolatek skończył w zeszły czwartek uroczyście szóstą klasę i jest jedną nogą w gimnazjum. Niedowiary, zaiste... Oni coraz starsi - ale przecież nie ja?:)
Ja za to produkuję kolczyki szydełkowe i inne na ostateczne zakończenie roku szkolnego, które ma mieć miejsce w środę. Ciekawe czy kiedyś z tego mojego dziergania, lepienia i itd. coś większego się rozwinie... W sumie byłoby miło...

wtorek, 20 listopada 2012

Na wyspie...

W zeszłym tygodniu chorowaliśmy. W przerwach zabawialiśmy się :). Także plastycznie. Zrobiliśmy z Jasiem i Marynią (!) wyspę. Na dużym kawałku kartonu (pozostałość po jakiejś prezentacji Starszych) przykleiłam biały papier. Nie mieliśmy zbyt dużo kolorowego papieru - niebieskiego, no to pokolorowaliśmy sobie trochę białego. Wycięłam kształt wyspy z innego kawałka tektury i nakleiliśmy tak, że nasza wyspa jest trochę  w 3D :). A potem... Sami zobaczcie. Bawiliśmy się fajnie. Ja to chyba powinnam być etatowym przedszkolakiem :).


niedziela, 19 lutego 2012

Sylabkowy Potworek i rytmy - domowe przedszkole :)

 Tę zabawę podpatrzyłam u Grażki - dziękujemy!! Stała się hitem. Jasio uwielbia bawić się w zjadanie sylabek. Z pudełka po chusteczkach zrobiliśmy potworka. Nasze sylabkowe  denka od mrożonych soków już używaliśmy wcześniej (mamy coraz więcej). Dołączyłam do tego kartki z sylabkami, Jasio najpierw układa na kartce. Gra jest na dwie osoby. A Potworek głodny, żąda sylabek. Jak wrzucisz nieodpowiednią to wypluwa. Dużo śmiechu.
 Znalazłam organizer, który dali mi w ciąży w szpitalu - razem z innymi małoużytecznymi gadżetami :). I w końcu przydał się! Użyliśmy razem z J. naklejki (do oznaczania w kalendarzu następnej wizyty u dr. :)) do powtarzania określonego rytmu. Ja układałam rytm a J. powtarzał. Na pasku tektury z pudełka po pieluszkach :) Coś z niczego jak lubimy :)
A potem jeszcze rysowane rytmy. I koniecznie głośno trzeba mówić : Zielony kwadrat, czerowne kółko itd. :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Stajenka już czeka...

W tym roku projekt "stajenka" zajął nam tylko jedno popołudnie :). Nasz J. skończył w niedzielę CZTERY lata! Duży chłopczyk. I dużo radości! Jego prezentowa rakieta była w pudełku, które od razu postanowiliśmy wykorzystać. Zresztą J. zawsze mówi: "zrobimy coś, z tego Mamo, nie wyrzucaj..."
 Wykorzystaliśmy  dodatkowe naklejki z książeczki, którą dawno temu przysłała nam Ciocia R. Naklejone na tekturkę zapełniły stajenkę.
Pudełko okleiliśmy, sianko zrobiliśmy z rafii, gwiazda to tekturowy kształt oklejony złotym papierem do pakowania prezentów. Gwiazdki śniegowe z taśmy do prezentów.
 I tak Stajenka czeka na Gości. Maryja z Józefem jeszcze w drodze...

piątek, 18 listopada 2011

zamek z kartonu :)

Uwielbiam kartonowe pudła! Tyle można z nich zrobić! Zabawa przy tym świetna... Pomysły stare jak kartonowe pudła... Ale jak niewiele trzeba, żeby móc się bawić godzinami. Najpierw w Architekta, potem w cokolwiek do czego można wykorzystać Zamek z bramą, licznymi wejściami, oknami, wieżami itd. itd... No więc, zrobiliśmy sobie Zamek!. Właściwie wszyscy mają w nim swój udział. Nawet Duży M :) Najwięcej napracowaliśmy się Jaś i ja. Antoś namalował piękną flagę z Orłem w Koronie (złotej) i szponami (złotymi) - lekcje o Polsce z Tatą dają efekty... 
 Oto nasz Zamek!. Kartonowe pudło, patyczki do szaszłyków, patyczki do lodów, tutki po papierze, trochę taśmy klejącej, nożyczki, nożyk, flamastry i kartka papieru na flagę. I dużo dobrej zabawy w projektowaniu :)
 A tu "detale". Jaś zarządził, że Zamek musi mieć znak "nie okradać" :) No to jest. Są tajne wyjścia i odpływ dla ścieków, zabezpieczony siatką :) (Mateusz). Jest most zwodzony itd.
A teraz czas na różne scenariusze zabawy. Ludziki z Lego mają duuużo przestrzeni :)

środa, 19 października 2011

lew i kot


W pomyskowie  Monika z córeczką zrobiły sobie jakiś czas temu kota z kartonu. Ten pomysł od razu mi się spodobał, bo kartonów ciągle u nas w bród :) Razem z J. i A. zrobiliśmy sobie dwa Koty - w tym jednego Bardzo Dzikiego Kota - Lwa...

wtorek, 11 października 2011

nowe domki

Rok 2011 rozpoczęliśmy "budową domku" dla Tygryska i Dorotki. Przy okazji przeprowadzki domek powędrował do śmieci z obietnicą, że zrobimy sobie coś nowego :) No i wczoraj powstały dwa małe, nowe domki, tym razem z pudełek po butach. Ściany wykleiliśmy filcem, wycięłam okno i drzwi w większym a w mniejszym nakleiłam okno i gotowe! Wstawiliśmy mebelki i te robione przez nas i te wyszukane w różnych miejscach. Czterech Panów ( tak to jest jak sami chłopcy w domu) zamieszkało w nowych domach :).


 Zobaczcie fajne domki dla lalek zrobione przez inne mamy : w starej walizce, domek-kuchnia, w pomyskowie

piątek, 30 września 2011

kartonikowy pociąg

Powoli rozpakowuję po przeprowadzce "resztki" kilka kartonów i innych "pojemników" stoi w garażu i rozsypuje się... :) Parę dni temu znalazłam kolekcję kartoników po galaretkach... (jakoś ocalała przy pakowaniu, bo jednak większość naszych"przydasi" wyrzuciliśmy, ze względu na mój obecny stan błogosławiony i ograniczoną aktywność, myślę, że do stycznia się uzbierają nowe :). Oglądaliśmy je z J. Kolorowe, nieduże, od razu wyglądały jak pociąg! Rozpakowywałam akurat plastyczne pudło a w nim torbę piankowych zwierząt egzotycznych do przyklejania. I tak powstał nasz pociąg - ZOO. A. namalował słowo "zoo", wycięliśmy je i przykleiliśmy na lokomotywę. Oczywiście, pociąg jest do nauki też, jakżeby inaczej, każdy wagon w innym kolorze. Wagonów na razie 6. W pierwszym 1 czerwona zebra, w drugim 2 zielone słonie, itd. a w szóstym 6 róznokolorowych palem :).
 Jasio na początku nalegał żeby posklejać wagony ze sobą, ale pozostawiłąm je luzem i służą do zabaw różnych. Np. dzisiaj powstało z nich miasto, ulicami J. uczynił kawałki torów od samochodzików.

Nasze Maleństwo zaczęło już 25 tydzień ciąży, kopie, masuje Tacie ręce i ciągle nie mamy pewności co do płci - chociaż oczywiście mamy swoje przekonania.:) Wielki dzień nadejdzie gdzieś w połowie stycznia...

poniedziałek, 28 lutego 2011

Baaardzo Głodna Gąsiennica.

 Eric Carle jednym z ulubionych naszych rysowników jest. Jeszcze w Polsce, Łobuzy pod kierunkiem Pani Oli ze wspaniałej pracowni "POLE WIDZENIA" wykonywały prace techniką wzorowaną na tym ilustratorze. A wczoraj A. w prezencie urodzinowym dostał grę planszową oraz książeczkę "The Very Hungry Caterpillar". Bardzo tę grę zresztą lubi, o czym ofiarodawczyni wiedziała. No, to gramy i czytamy a Gąsiennica  (była w zestawie) nam się przygląda (mam nadzieję, że nas nie zje...)
Z Mateuszem partyjka "Bitwy Morskiej", z Antosiem partyjka "Gąsiennicy" , Starsze Łobuzy namiętnie skaczą na skakance! (nauczyli ich w szkole ku mojej radości - to świetne ćwiczenie na koordynację). Czas na Jasia. Zrobiliśmy sobie własną "The Very Hungry Caterpillar". Z kartonu, tutek po papierze, "pipe cleaner", słomek do picia, kawałków papieru kolorowego, przy użyciu nożyczek, kleju, dziurkacza i flamastrów.
  
Jasio kolorował, przyklejał, NAWLEKAŁ, dobierał kolory.  A potem jak Gąsiennica się najadła :) zbudowała kokon. Spała, spała, spała i... przeistoczyła się w .. Motyla! (Tak jest w książęczce). Najpierw mieliśmy rysować symetrycznie oba skrzydła wycięte z pudełka po wafelkach daaawno zjedzonych, ale stanęło na tym, że jedno pokolorował J. a drugie ja. Tułów z tutki ozdobiliśmy i frrrrr... odfrunął!
 

piątek, 25 lutego 2011

ciach, ciach i pociąg jest!

Wróciłam w piątek ze szkoły w południe, a mój najmłodszy Łobuz w naszym "Kąciku Działań Wszelakich" nawlekał koraliki na "niebieską zabawkę" na przemian z wycinaniem prostokątów z pozostałości kartonowych po Arce. Przysiadłam się do Niego i gadamy. Co robisz Jasiu? "Ciufcię". O! fajna. A może zrobimy ją razem? "taaa!" Wzięliśmy karton po pizzy, papier do prezentów. klej, nożyczki, koraliki piankowe, i kartkę z wydrukowanymi wcześniej zwierzątkami z Arki Noego :) (to przyszło nam później do głowy) i bawiliśmy się się świetnie. Jasio zaprojektował pociąg. Stoi na stacji lokomotywa, ciężka ogromna i pot z niej spływa... wagony do niej podoczepiali.... a w jednym krowy (hipopotamy u nas), a  w drugim konie (tygrysy), słoń, żyrafy i inne....
 A potem J. poszedł Tacie się pochwalić. I powiesiliśmy Jego dzieło na ścianie w kuchni. Prezentuje się pięknie. Pasuje do naszej kuchni niebiesko-białej :)

czwartek, 24 lutego 2011

Do Arki gęsiego...

Zima wróciła. Nie taka ostra jak w styczniu i grudniu, ale biało jak na Boże Narodzenie :) Zasypało, zasypało, wszędzie biało. Jest trochę jak w Zakopanem, na feriach z dzieciństwa ... Trzeba się głęboko zaciągnąć powietrzem i wtedy się to czuje :) 
Czwartek to dzień szkolnej, rannej Mszy, adoracji i innych bardziej przyziemnych zajęć. Zaczęliśmy w czwartki z J. uczęszczać na "story time" do biblioteki publicznej (czytanie dzieciom, wspólne śpiewanie z pokazywaniem tematycznie powiązane z czytaną książeczką, na koniec coś plastycznego). Spędzamy potem trochę czasu w bibliotece i jest fajnie. Mają tam świetne miejsca dla dzieci w wieku przedszkolnym i przedprzedszkolnym. Można leżeć na dywanikach (z dinozaurami, zoo, czy drogą dla samochodów), jest kurtyna i kosz kukiełek, tablica filcowa z odczepianymi postaciami, pluszaki, piankowe puzzle, i MNÓSTWO książek. A my kochamy książki. Uwielbiamy..... :) (nawet po angielsku).  Buszujemy więc. Dzisiaj odkryłam książki "king size" - format A1. Pożyczyliśmy chyba ze 20 książek dla dzieci (można wypożyczyć tyle ile się chce -  czyli w naszym przypadku ile uniesiemy :) I mam teraz 100 pomysłów na ich wykorzystanie i dla małych, i dla większych... Potrzebuję tylko czasu ;) he, he. (Tylko żałuję, że w żadnej z cudownych bibliotek, których byliśmy członkami na warszawskim Ursynowie, nie można było znaleźć tak dużo pięknie ilustrowanych i przygotowanych ciekawych książek edukacyjnych dla dzieci przed szkołą - po polsku ;). 
No, ale do rzeczy. Jasio fascynuje się Arką Noego. Bo te zwierzęta zawsze idą "po dwie :" "mama i tata" i "wszystkie je mamy", albo oglądaliśmy na filmie przyrodniczym lub w książce. On uwielbia czytać o Noem. Nie mam pojęcia dlaczego:) A w bibliotece znaleźliśmy "king size" książkę o potopie i Noem. Można leżeć na podłodze właściwie "w" książce, w środku historii. No, to leżeliśmy. I wchodziliśmy do Arki. I wtedy do mojej głowy, puk, puk, wpadł pomysł! Wzięłam "zaczarowany ołówek" i do dzieła! Pudełek i innych niezbędnych "przydasi " zabawowych u nas dostatek. Gromadzimy je po prostu. Nałogowo :) Znalezienie odpowiedniego kartonu nie było bardzo trudne.  A potem nożyczki, nożyk, klej, zszywacz, podstawka kartonowa od mrożonej pizzy, dwa pudełka po chusteczkach higienicznych. Na koniec parę desek domalowanych i napis: ARKA NOEGO. I można się ładować. 

I wyruszyli. Gęsiego do Arki szli. A wody przybywało. A one szły i szły - te zwierzęta. I w końcu wszyscy znaleźli się na pokładzie. I padało, i padało... szszszszszszszszsz (i tu nie wiedząc o tym ćwiczyliśmy logopedię ;) szumiała woda..." MICHAŁ! nooł! stop!" i potop się zakończył, woda uspokoiła się nieoczekiwanie. I wyszli na ląd. Suchy znowu...

czwartek, 17 lutego 2011

Co ma wieeeelkie pudło do Układu Słonecznego....:)

W środę wieczorem dostaliśmy wieeelkie pudło. Po zestawie toaletowym mówiąc oględnie :). A w nim zabawek trochę. Fajnych :) Ale co tam zabawki! PUDŁO! Marzyliśmy o takim od dawna! Żeby zbudować taki pojazd międzyplanetarny, do którego da się wejść. A może nawet we dwóch? No i TO pudło akuratnie się nadawało. Nadaje. Przeistoczyło się w Pojazd Kosmiczny zdolny podróżować po wszystkich planetach Układu Słonecznego. 

Następnie przestudiowaliśmy Układ Słoneczny, przy użyciu internetu i książki, którą nabyliśmy dzisiaj za 50centów w bibliotece (dla A. to nie pierwszyzna ale J. był trochę zdziwiony, że ta niebiesko-zielono-czarno-biała kula to Ziemia i my na niej żyjemy!). I START. Pierwszy etap podróży : SŁOŃCE! Nasza Rakieta jest magiczna, więc udało nam się tam wylądować...Ale potem odkryliśmy, że jest tak gorące i gazowe i ogromne, że w rzeczywistości byłoby to niemożliwe :) I jak byśmy chcieli dojechać tam samochodem z przeciętną prędkością pozamiastową to zajęłoby nam to Dwa ŻYCIA...Hmm. A mamy tylko jedno. Cóż, chyba zrezygnujemy.... jeszcze samochód by się nam spalił nie mówiąc o innych problemach...


Oczywiście, my w naszej magicznej maszynie mogliśmy stanąć na Słońcu. A potem przywrócić mu temperaturę i kolor, przyklejając odpowiednie kolory bibułkowych skrawków...

 Początek Układu Słonecznego gotowy. Może jutro uda się odwiedzić Merkury?....