Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kronika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kronika. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2015

Chwile

(....)
Talerz. Pac. Łyżka.  Pac. Mata. Szur.
Śpieew...
 "Antoni is awesome!  is awesooooome!".
Talerz. Pac.
"On oszukuuje! He is cheating"
....
Łyżka. Plask. Widelec. Buch.
"Is awesome today! Is awesome tommorow! "
Poprawić obrus.  Wsunąć krzesło. Taniec estradowy.
"Nieprawda! Nieprawdaaaa!"
"Is awesome forever! Lalalala!"

Talerz.
Łyżka.
Serwetka.
Braterska różnica poglądów.
Albo przygotowywanie stołu do obiadu.
(....)
Słoneczne promienie powoli wsączają w moją podświadomość okruchy ciepła. Eksperymentalne.
Spódniczki w kwiatki fruwają dookoła obudzone z zimowego snu.
Chyba jeszcze zdziwione nagłą swobodą.
Opiekunki zaniepokojone zmianami otoczenia biegają nerwowo próbując dotrzymać kroku małym nogom niespodziewanie lżejszym o brak śniegowców. " Nie zdejmuj kurtki!" wołają. "Wolniej! Uważaj, bo spadniesz!Nieee rozpinaj się! Załóż bluzę!" Zmęczone próbami przywrócenia porządku nie zauważyły, że zamiast biało jest już zielono...
Oddycham.
Pachnie.
(....)
Zakręt. Zakręt.
Chęć zobaczenia co jest za zakrętem ugniata.
Upajam się zapachem.
Czekam.
A dzieci śmieją się perliście.
Chowam się pomiędzy nimi...

czwartek, 19 marca 2015

Marzec dobiega końca...

Czas przyśpieszył. Dopiero tu zjechaliśmy. Potem były śnieżne burze. Miasto zamarło. Szkoły były zamknięte. Nagle już druga połowa marca. 
Uroczystość dzisiaj. Święto Józefa - patrona naszej przeprowadzki. Bardzo z nim rozmawiamy:). Prosimy żeby wszystko organizował. Bo idzie powoli. Ta organizacja. Na razie udało się wszystkie szkolne dzieci - do szkół posłać.  Wyczyn to był nie lada. Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że zapisanie dzieci do placówek "oświatowych" może trwać ponad miesiąc....  To już na szczęście za nami, było trudno, bo dziwny system i biurokracja w Dużym Mieście na B. panują. Teraz wstajemy 5:30-6:00 i wakacje się skończyły:). Za to idzie wiosna. Mam nadzieję, bo śnieg już się prawie stopił. I chociaż dzisiaj -7C, to słońce świeci zabójczo. Tydzień temu to nawet chodziliśmy bez kurtek. O!. Jeden dzień.
Miasto jest doświadczeniem egzystencjalnym. Miasto jako ludzie, tłum, transport, szkoły, instytucje, budynki, zapachy, obrazy... Żywa tkanka. Architektura niezwykła. Chodzę, pstrykam fotki i nie mogę wyjść z podziwu. Bo to oczywiście nie jest Paryż. Nie jest Rzym. Ani Kraków. Ale miasto, które żyje i rośnie. Nigdy nie wiadomo , z którego boku wyrośnie coś nowego. Jak dno oceanu, który wrze tuż za rogiem. Jakby wiatr, który wieje w każdym możliwym kierunku odnalezionym pomiędzy budynkami, poprzestawiał domy jedne na drugie i okręcił dookoła ich osi. Stare i nowe. Piękne i brzydkie. Użyteczne i tylko do patrzenia. Razem zachwycające albo przerażające:).
I ludzie. W każdej części miasta inni. Jakby posegregowani ... Jeżdżę po dzieci autobusem do szkoły. (Samochód czeka na naprawę bo... miejski pług śnieżny go stuknął... takie przywitanie:). A w autobusie i metrze - ludzie. Biedni, zmęczeni, zagonieni, zapracowani, szczęśliwi. Z wypisanym życiem na twarzy. Siedzimy z Manią pomiędzy tymi naszymi braćmi, dziećmi Króla i modlimy się. Żyjemy tu dzisiaj. 
Szukamy nowego domu, bo czas w chińskiej dzielnicy nam się kończy. Prosimy najlepszą agencję Mary from Heaven o pomoc. 
Dzieci szczęśliwe. My szczęśliwi. Siedzę właśnie w pięknej Bibliotece Centralnej, w nowej dziecięcej części i wyglądam przez ogromne okno. Na to miasto zalane słońcem. I cóż moi mili - czuję tę cichą radość i wdzięczność. Do Króla, którego też jestem Córką....

A poza tym czekamy na Tę Noc.



czwartek, 22 stycznia 2015

Droga...


Jedziemy już czwarty dzień.   Podróż życia:). W poniedziałek po suto ŁZAMI  okropionym pożegnaniu wyruszyliśmy na wschód. Pogoda była zabójczo piękna. Słońce, sucho, trochę powyżej zera. Nasza karawana porusza się do przodu. Łobuzy czytają, oglądają filmy i grają. Jadą naszym samochodem razem z wujkiem T. Bo wydarzył się cud i przyjechał do nas z Polski kuzyn M. , który chciał zawsze przejechać USA wszerz. I miał wizę. I kupił bilet, wsiadł w samolot i jest.
 A ja bałam się jednak jechać te 2000 mil:) Cóż każdy ma jakieś limity:):) Nawet Matka Łobuzów... o, i prosiłam Pana Boga żeby temu zaradził jakoś. Szukaliśmy dodatkowego kierowcy tutaj. Byli tacy co wcześniej się ofiarowali lecz teraz okazało się,  że nie mogą. Bo przecież nasza podróż zdecydowała się szybko, wszyscy mieli już plany. To zrozumiałe.  Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych:) I zorganizował nam kierowcę w zupełnie zaskakujący sposób:). Niezwykły. Żebyśmy nie mieli wątpliwości,  że to On działa:)
Wczoraj był dzień odpoczynku. W Chicago zatrzymaliśmy się na parafii u znajomych księży. Bardzo nam się ten dzień przydał. Mogliśmy się wyspać! Bajka:) Dzisiaj fruniemy dalej. Zaliczamy kolejne stany. Illinois, Indiana,  Ohio. Na noc zatrzymamy się w Cleveland. Jutro do Buffalo.  Mamy nadzieję rzucić okiem na wodospad Niagara. W sobotę plan jest taki żeby dotrzeć do dużego miasta na B. A tam zacznie się nowy etap w życiu....






czwartek, 8 stycznia 2015

Wszystko się zmienia...

No, to przeprowadzamy się. My wariaci co pędzimy z wiatrem. Wierząc, że to wiatr Ducha Świętego.
Zima i 2000 mil przed nami. Pakujemy się teraz, rozdajemy co możemy, co się da sprzedajemy. Resztę wyrzucamy. I zastanawiam się jak to możliwe przez 4 lata i 7 miesięcy nagromadzić tyle szpargałów. Tyle przydasiów i dzieł. A przecież wydawało mi się, że na bieżąco wyrzucam i pozbywam się. Śmieszne. Bo tak naprawdę mało jest potrzebne. I mało mamy. Ale jednak dużo:).  I za to lubię przeprowadzki, że można się wielu  rzeczy pozbyć i zastanowić nad sobą:):). A poza tym odnaleźć zagubione drobiazgi. Zdjęcie upchnięte gdzieś przypadkiem, zapomniane. Książkę miłą sercu. Lubię takie pakowanie. Tylko dlaczego tak mało czasu?... Czemu wielu rzeczy nie zrobiłam na jesieni, latem? Bo... zawsze coś:) I teraz zostało nam 11 dni. A potem wyruszamy w podróż życia. I nie wiem kiedy następny wpis na blogu będzie, kiedy internet założymy w dużym mieście na B.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Że niby na drugiej półkuli też Boże Narodzenie - Dziecko na Warsztat II grudniowy

Święta Bożego Narodzenia. No pewnie, że muszą być białe. Że bez śniegu? Jak to Mamo? Że upał? No, serio, Mamo nie żartuj! Naprawdę?
A ja tylko opowiadałam im o rozmowie z jedną żoną z Argentyny rodem. A, bo tam w Boże Narodzenie wszystko jest inaczej. Prawie:) Bo najważniejsze rzeczy są na swoim miejscu. Dzieciątko co się rodzi i Matka, i Józef. I aniołowie co budzą pasterzy śpiących snem zasłużonego. Tak ich skutecznie budzą, że ci pędzą do szopy zobaczyć co się dzieje i stada zostawiają. A jak im je ktoś ukradnie? Jaki wilk albo co? Nowina jest tak szokująca i poruszająca, że nie dbają o to. A dlaczego oni zostali wybrani, dlaczego im anieli ogłosili? A nie krewnym Józefa (tym którego nie chcieli z ciężarną żoną do domów przyjmować), albo kapłanom jakim, czy starszym. A może chociaż jakim porządnym ludziom, po bożemu w domach swoich śpiącym. A nie jak ci pasterze nie wiadomo co w tych górach robili.  Nie. Aniołowie "Gloria in excelsis Deo" śpiewają i do Betlejem iść im każą. I poszli. Dzieciątko znaleźli. COŚ musiało w tym maleństwie być. Że Mu pokłon oddali. Że adorowali. Takiego w pieluchach, co może oczy parę razy na Nich otworzył... Króla.
No więc, to wszystko w Argentynie mają.  Ale świętowanie - inne. W Wigilię pieczony prosiak, coś na grillu - parillada Argentina, panettone (nie wiem czemu uwielbiane przez mojego M.).
Idą do Kościoła wieczorem a potem impreza na całego. Całymi rodzinami, ze znajomymi i sąsiadami, hucznie. A potem młodzi idą na dwór. Bo nareszcie można odetchnąć (w dzień jest 40C). I puszczają fajerwerki i tańczą do upadłego. A znajoma mówiła, że jak Jej mąż, narzeczony wtedy jeszcze pierwszy raz z Nią spędzał Święta u Niej, z jej rodziną na drugiej półkuli, to był w szoku. I gdzieś o 3ciej rano wymiękł. Nie dał rady. Poszedł spać. (I tak dzielnie się trzymał:) a ona zadziwiona. A potem Ona. Święta w Colorado. Biało. Zimno. Najpierw obiad potem do Kościoła na pasterkę. A potem... do łóżka..
I tak sobie rozmawialiśmy o tym jak różne zwyczaje są na świecie. I o tym, że prezenty tam nie Dzieciątko przynosi, nie Święty Mikołaj (i oczywiście nie Santa) tylko Trzej Królowie. Na 6tego stycznia.
O , Mamo, a nam też królowie przynoszą. Ale na urodziny Jezusa, On nam też daje prezenty. Czy to nie jest fajne, Mamo?
Fajne. A w Polsce to i na Mikołajki też były. Nawet jeżeli to Mama całą noc grę planszową robiła albo maskotki szyła. Albo, że sąsiadka worek zabawek po wnukach przyniosła. Bo miło dawać i patrzeć jak się cieszą:). I w tym roku cuda się stały i pod choinką prezenty leżały...

W Argentynie szopki szykują, miasteczka całe, Betlejem. My też się staramy zawsze coś przygotować. Pamiętam w pierwszym naszego tutaj mieszkania butelkową zrobiliśmy. I Maryję i Józefa i aniołów i pasterzy i nawet jeden paulin się zaplątał. W tym roku też się udało. W rozmiarze mini, bo możliwe, że szykują się wielkie zmiany i trzeba będzie się pakować szybko.
Szopka do zabawy taka. Do opowiadania historii. TEJ, od której się zaczęło.


Potrzebna nam była puszka po ciasteczkach, filc, takie niby spinacze z główkami (mogą być zwykłe drewniane spinacze do bielizny), klej na gorąco, włóczka i patyczki, i pudełeczko jeszcze.

Wszystkie postaci mogą się przemieszczać co z upodobaniem robią, a historia opowiadana w różnych wersjach.
I poszli, bo cezar kazał im się policzyć. I szli i szli. A potem pukali. Puk, puk. Czego chcecie, skąd idziecie? Moja żona jest w ciąży, noclegu szukamy.. A idźcie stąd, miejsca nie mamy!... Puk, puk? Kto to puka, czego szuka? To ja Jóżef, twój kuzyn.. Nie ma miejsca...
i tak dalej i tak dalej...
A potem Dzieciątko się rodzi i aniołowie śpiewają. A na koniec Trzej Mędrcy przybywają, czołem biją i dary składają.
A Mania myśli, że to dla Niej tylko i opowiada sobie. Puk, puk. Kto to?.....No i baby się rodzi.

 I Trzej Królowie do L. zawitali. Jak co roku w drodze do Betlejem się zatrzymali. A czy ktoś w nich rozpoznał dwóch braci Łobuzów? Nie, chyba nie, coś mi się przywidziało...
https://fbcdn-sphotos-f-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/v/t1.0-9/10891676_10205805502518303_4254195594175778318_n.jpg?oh=95f67e400646384ce54848f1bc463412&oe=553B66A6&__gda__=1430433267_2d105e82bb7d1830bd7ec4f0b3314f4e

  co się u innych działo?
Zobaczcie sami!


czwartek, 11 grudnia 2014

Siedem




Kiedyś puszczałam mimo uszu teksty starszych koleżanek. Że dzieci tak szybko rosną. Ani się obejrzysz a dorosną. Wydawało mi się, że słodkie łobuzy będą takie zawsze. No i nie wiem kiedy czas minął. Oglądam zdjęcia. I pamiętam. I kurczę myślę, że to naprawdę fajnie, że zostaliśmy z M. obdarowani dziećmi. I że niedługo zaczną wyfruwać. Bo czas śmiga. Zupełnie z inną prędkością niż ślimaki w lesie...:). I jak tylko mogę to smakuję chwile. Jak siedzimy razem przy obiedzie. I każdy chce coś powiedzieć. Jak celebrujemy święta i cieszymy się razem. I nawet kiedy się droczą (jakie "urocze" słowo określające te nieustanne przepychanki: Mamo, bo On, a ja nie, a dlaczego, znowu ja, ty głupku, to nie mój dyżur, On mi to zabrał, to moje, nieprawda, Tato czemu? Tato powiedz Mu!....:).
Piąty skończył był właśnie lat 7. Słownie siedem. Staje się małym mężczyzną. Ciągle lubi się do Mamy przytulać - po prawdzie to wszyscy lubią, ale On nawet publicznie czasem. Ciągle jest słodki. Ale ma swoje zdanie, kolegów, ukochaną szkołę, zabawy, tyle spraw, codziennych, których mama nie jest częścią. I relacje z braćmi. A dopiero go wynosiłam ze szpitala w asyście braciszków niecierpliwie czekających na kolejnego. Prowadzona przez dumnego M. do naszego pierwszego samochodu... Eh. Czy to naprawdę siedem lat temu... Jakaś nostalgia mnie ogarnia:)....
 A jak przyjechaliśmy na Dziki Zachód, dolecieliśmy za Wielką Wodę to Trzeci miał ledwo ponad siedem..
Sto lat młody mężczyzno. Oby tak dalej:)

(Post nadrabiany, tak naprawdę napisany 8 stycznia 2015)

czwartek, 13 listopada 2014

Trzynastego o jedenastym...

 Śniegiem zasypało, mrozem powiało. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się skrzy i lśni, a białe kryształki chrzęszczą pod nogami. Za to  mieliśmy piękne świętowanie Niepodległości tego roku. Rankiem pytania:
- A czemu Tato, zdjąłeś flagę? (wisiała od 1 sierpnia do połowy października dla uczczenia 70t-ej rocznicy Powstania)
- Nie zdjąłem ,właśnie idę zawiesić!
- O!
- Dlaczego?
- A jak myślisz?
- Bo.... Dzień Niepodległości jest!!!
W południe lepienie "kamyków".
- Lup, mi tamyt, Mami! Lup! Zucaj!
- Chcesz rzucić?
- Nie! Ty lup i zucaj! Mami:)

A wieczorem, Niespodzianka. Przyjechał W. , tak wziął nas prawie z zaskoczenia - dzwoniąc, że jedzie już w trasie:). Przyjechał zmarźnięty i zmęczony, bo droga ciężka była, śnieg padał i lód na drodze. Na szczęście bezpiecznie, dotarł (a następnego dnia wrócił, "trochę" tylko dłużej niż ustawa przewiduje Mu to zajęło, no dużo dłużej, ale bezpiecznie dotarł, szaleniec jeden:). Ciepły żurek i grzaniec na Niego czekał. 
I celebrowaliśmy Eucharystię, powoli, rodzinnie. Karmiliśmy się Słowem i Ciałem. 
I rozgrzewaliśmy się lepszym obiadem, ze zdumieniem obserwując termometr wskazujący coraz i coraz niższą temperaturę. Spadającą do -30C. A na koniec raczyliśmy się polskim Ptasim Mleczkiem, co to je Łobuzy kochają. 
Kiedy  dzieci poszły spać można jeszcze było delektować się Nocnymi Polaków Rozmowami. Wzajemnie wspierać. Bo co tu dużo ukrywać mieszkamy na obcej ziemi. Daleko. Choć posłani, i On i My, choć cieszymy się z misji, choć każdego dnia widzimy, że Pan Bóg jest, że się o nas troszczy, no, kocha tak poprostu, to czasem tęskno mi, Panie.... I w ogóle bez problemów to nudno jest, nie? 
Nie obyło się bez akcentów patriotycznych, ofkors. Oprócz zawieszonej rano flagi, zrobiliśmy sobie własne chorągiewki, co prawda nie machaliśmy nimi na przywitanie W., ale dzieci i chorągiewki były:) Nie, że na trasie przejazdu, no nie mróz za duży ale na mecie:). 
Przestudiowaliśmy też zmianę polskiego godła od odzyskania niepodległości do dzisiaj. Było też więcej w planie, ale plany się zmieniły i dzień ukierunkował nam się bardziej na Ojczyznę Niebieską:) Taki już klimat mamy:)


sobota, 28 grudnia 2013

Najkochanśze prezenty:)

 Leżały pod choinką... cicho czekały... a właściwie nie mogły się doczekać... wyprodukowane w pocie czoła i z wielkim zadowoleniem... no już samo obserwowanie rozradowanych Łobuzów było piękne:) no i otworzyłam. ... i padłam:) chyba wciąż leże pod choinką:):)


Wigilia u nas międzynarodowa była. No właściwie polska bardzo z opłatkiem, 12 toma potrawami, karpiem (udawała go tilapia z niezłym powodzeniem już czwarty raz:). Z Ewngelią, Dzieciątkiem i kolędami. Ale goście z różnych kontynentów:)

wtorek, 3 września 2013

Sówki...

 Rok szkolny w toku więc obecność Sówki Mądrej Główki wysoko wskazany jest. Prawdą jest też, że bardzo lubię sówki. Wiem, wiem to nic odkrywczego podobno wraca na nie moda... Nic na to nie poradzę, że sowi motyw wzbudza moje emocje. Można je na tak wiele sposobów narysować, uszyć, wydziergać i zawsze są urokliwe... No mam taką słabość. Mam i już:). Uprzedzam więc sówki będą się zlatywać do krainy stadami. Także dlatego, że Mama w Krainie obdarowana została dwoma pudłami skrawków materiałów... I tysiące pomysłów Jej się w głowie kłębi, o krok od eksplozji:). Uczucie zapewne podobne do Zeusowego. Tuż przed zrodzeniem Ateny...
U nas wakacje skończyły się po raz drugi:). Przynajmniej tak się czuliśmy rozkoszując się Długim Weekendem spowodowanym amerykańskim świętem Pracy. Udało nam się pojechać i dojechać do Guernsey na konwiwencję. A potem... nad jezioro tamtejsze. Łobuzy przemieniły się w błotne stwory, albo chlapiące się jeziorowe stwory. Było pięknie, choć słońce miało się już ku zachodowi...
A w poniedziałek leniliśmy się dzień cały:) niestety jakiś wirus katarowy nas prześladuje, co zupełnie nie składa się z wciąż panującym wielkim upałem... Jedynym plusem tego gorąca jest to, że naprawdę trudno myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami zimie, jak tu wierzyć, że w ogóle ona istnieje???:) Lepiej zapomnieć.:)

Jaś:
Wiesz, mamo, Rita to już chyba umie czytać..
(J. bardzo przeżywa, że sam jeszcze nie bardzo opanował tę trudną sztukę:)
ja:
Tak? 
J. 
I nie wiem, mamo jak to się stało, bo ja jestem większy (czyt. wyższy)... Ona chyba dużo jadła, wiesz?...
ja:
ahaaa...

Cóż, żeby to było takie proste:)

sobota, 31 sierpnia 2013

Drugie podejście do ubranka na telefon:) i pierwszy tydzień szkoły...

Mój telefonik (przyjaciel człowieka a już na pewno matki wielodzietnej:) tak się ciągle  niszczył bez pokrowca. Tym razem pokrowczyk sam się jakoś zaczął machać szydełkiem. Bardzo miło i łatwo się go robiło. Krótko też. Widać trochę, że nie lubię liczyć oczek i spontanicznie mi tak wychodzi:) Ale przynajmniej tym razem ubranko telefonowi służy i ma się dobrze.

Za nami pierwszy tydzień szkoły. Jakoś lekko poszło. Teraz długi weekend nas czeka bo w USA Święto Pracy w poniedziałek będzie.
Pani w zerówce:
Teraz narysujcie jakieś ubrania.
J.:
????
PwZ:
JAsiu, co się stało?
J.:
Ja nie umiem..
PwZ:
Może zacznij od kwadratu...
J: (zachwycony):
A to proste! Umiem!
 No i zebraliśmy część porzeczek z krzaczka przed domem. Teraz czekają na przetworzenie. Na dżemik mam nadzieję:) Jutro akcja konfiturowanie!